WOJTEK MAZOLEWSKI: STĄPANIE PO LINIE

Cudem udaje nam się umówić na wywiad i sesję zdjęciową. Po sukcesie płyty „Polka” Wojtek Mazolewski gra niemal codziennie. Razem z Wojtek Mazolewski Quintet oraz Pink Freud stara się jeździć wszędzie, gdzie czekają na niego fani jazzu. O trudnym i kruchym zawodzie muzyka oraz o byciu ojcem opowiada nam dosłownie dzień po przylocie z wyprzedanej trasy po Ameryce Południowej. 

Nie obraź się, ale wyglądasz nie tylko na maksymalnie zapracowanego, ale i dość zmęczonego człowieka. Ciągle jesteś w trasie, ciężko pracujesz. Musisz mieć żelazne zdrowie.

Ciągłe życie w trasie i na walizkach odciska swoje piętno i niesie konsekwencje. Zaledwie kilkanaście godzin temu wysiadłem z samolotu (rozmowa podczas krótkiej przerwy pomiędzy południowoamerykańską a chińską trasą koncertową – przyp. red.), który przyleciał z Bogoty. Po powrocie sprawdziłem w internecie, kiedy wrzuciłem ostatnią informację, i okazało się, że podróż trwała 22 godziny. Biorąc pod uwagę także zmiany czasu, klimatu – to musiało zrobić swoje. Znaczenie ma przede wszystkim intensywność trasy koncertowej. W ciągu trzech tygodni spędzonych w Ameryce Południowej graliśmy codziennie. A wcześniej też koncertowałem przez jakieś pięć, sześć, może nawet osiem miesięcy – sam nie wiem, ile ich było.  

By zdążyć na lot do Bogoty, wyruszyłem samochodem z Gdyni o północy. O czwartej byłem na lotnisku w Warszawie. Więc tak naprawdę granicznie zmęczony byłem już wtedy, gdy wsiadałem do samolotu do Ameryki. Ale kocham to i mam poczucie wyjątkowości tego, co robimy. Gramy autorską muzykę z elementami free punk, w której słychać i ogień, i wodę, i spokój, i czad. Bez kompromisów. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której ludzie chcą nas usłyszeć na koncertach, a my nie zagramy. 

Jakie były twoje oczekiwania przed wyjazdem do Kolumbii?

Na poziomie zawodowym to był najlepszy wyjazd od dłuższego czasu. Wracałem tam po dwóch latach przerwy ze świadomością większej liczby koncertów, konferencji prasowych i transmisji telewizyjnych. Znam Kolumbię i lubię tam być. 

Zawojowaliśmy Bogotę tak naprawdę w ciągu tygodnia, ale zapłaciliśmy za to spory rachunek – kłopotami zdrowotnymi. Pozbieraliśmy się do kupy i dalszą część trasy przebrnęliśmy już bez zarzutu. Trzeba było bardzo mocno zwierać szyki, by sprostać wyzwaniom, jakie z dnia na dzień stawiała przed nami publiczność. A gdy już mieliśmy dzień wolny, to zawsze znalazł się ktoś, kto bookował koncert. Ludzie szaleli, zaczepiali nas na ulicy, robili sobie zdjęcia nawet wtedy, gdy wychodziliśmy do sklepu. 

Udostępnij