WEEKEND W IZRAELU

Przyleciałam na sam początek szabatu. Myślałam, że za chwilę zamrze cały ruch i wszystko będzie zamknięte, ale w Tel Awiwie już tak nie jest.

 

Od pewnego czasu w piątkowe wieczory wszystko działa (oprócz miejskiej komunikacji) i nawet nie są potrzebni szabes-goje, żeby zastąpić przy pracy koszernych obywateli. Tutaj panuje inny podział: koszerni się modlą, niekoszerni się bawią, a pracują przybysze z Afryki Północnej. Zamiatają ulice, stoją w barach na zmywaku, ładują ciężkie towary. Nie tylko w szabat. Są Żydami gorszego sortu, mniej wartościowymi, jakimi byli niegdyś Żydzi z Polski, wysłani wprost do kibuców, żeby zajęli się wyrywaniem plonów z pustynnej ziemi. Administrację, naukę i kulturę tworzyli Żydzi z Niemiec, wprowadzający do nowo budowanego państwa odpowiednio wysoką cywilizację, jeszcze zanim powstało państwo Izrael. To z nich rekrutowała się pierwsza izraelska orkiestra filharmoniczna założona przez Bronisława Hubermana, cudowne dziecko, które „wyrosło” ze swej rodzinnej Częstochowy i zaczęło robić karierę w świecie, grając na stradivariusie podarowanym przez Jana Zamoyskiego. O te skrzypce zagadnęłam kiedyś Marcina Zamoyskiego: – No tak – powiedział – on mieszkał w Wiedniu i był rozrzutny, stale rozdawał prezenty. – Tylko tyle. Żadnej potrzeby pochwalenia się przed światem, że jednak rodzina ordynata potrafiła dostrzec talent i wspomóc zdolne żydowskie dziecko z Częstochowy. Plac przed filharmonią nosi imię Hubermana, o Zamoyskich nikt tutaj nie słyszał.

No więc jest jak w znanym przysłowiu: Jerozolima się modli, a Haifa pracuje, a Tel Awiw się bawi. Mieszkam w samym sercu miasta, w hotelu Cinema powstałym na miejscu kina o tradycyjnej nazwie Wrzos. Kino podobno było portretowe, niezbyt okazałe, lecz z ciekawym repertuarem – dowodzą tego rozwieszone wszędzie fotosy i plakaty. Hotel, utrzymany w tutejszym modernistycznym stylu z obłymi narożnikami, ma pięć pięter. Wszędzie eksponowane są stare aparaty projekcyjne, a nawet fotograficzne. Z mojego okna rozciąga się widok na dachy z tarasami, wychodzi się na nie z mieszkań przypominających stawiane jedne na drugich domki w favelach São Paulo, budowanych nie na dachach kamienic, tylko na skrawkach wolnego gruntu między punktowcami. Te tutejsze są bardziej przestronne, oszklone i chyba znacznie wygodniejsze; stoją na dachach domów z windami, nie trzeba się więc do nich wdrapywać po schodach. Lecz jeszcze w latach osiemdziesiątych było inaczej. Mój kolega z podwórka opowiadał, że pokonywał pięć pięter, aby odwiedzić swoją matkę w jej dachowym „małym Nowym Sączu”, do którego nigdy nie przestała tęsknić.

 

*cały felieton Andy Rottenberg przeczytacie w numerze 15 MONITOR MAGAZINE

MONITOR MAGAZINE – KUP TERAZ

Udostępnij