GRINGO Z APARATEM

Gdy wyciągnięcie aparatu jest dobrowolne, pojawiają się pytania o sens tej czynności. I przyznam, że nierzadko biłem się z myślami, czy to, co robię, ma sens – Piotr Spigiel dla MONITOR MAGAZINE opowiada o swojej podróży po Ameryce Południowej.

Czym różni się fotografowanie w Polsce od fotografowania w Ameryce Południowej?

Pierwsza zasadnicza różnica to sprzęt, jakiego używam. W Polsce zajmuję się przede wszystkim fotografią komercyjną, na zlecenie zabieram plecak z kilkoma aparatami i obiektywami. W Ameryce podróżowaliśmy z całym dobytkiem na plecach i nie mogłem pozwolić sobie na taki luksus. Długo zastanawiałem się, jaki sprzęt wybrać, ale finalnie zrezygnowałem z lustrzanki, wybierając mały aparat Fuji z wbudowanym obiektywem 35 mm. Przekonały mnie warsztaty z Tomaszem Tomaszewskim, z których wyniosłem cenną lekcję: im mniejszy masz aparat, tym mniej rzucasz się w oczy na ulicy.

Dlaczego to jest ważne?

W turystycznych rejonach Peru miejscowi robią biznes na pozowaniu do zdjęć turystom, a taki rodzaj fotografii raczej mnie nie kręci. Jednak rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej raczej nie lubią być fotografowani. Na targu w La Paz sprzedawczynie – cholity– dają temu nawet wyraz, rzucając w uporczywych fotografów warzywami (śmiech). Stąd nasza potrzeba, by stać się jak najbardziej „przezroczystym”, tym bardziej, że staraliśmy się raczej docierać do tych mało uczęszczanych przez turystów miejsc, gdzie widok gringo z aparatem wciąż budzi emocje. 

IMG_010

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

Gdzie na przykład dotarliście?

Niesamowitą przygodą było choćby przejście trasą Camino del Inca, której nazwa  pochodzi od wioski Takesi, oddalonej osiem godzin pieszej wędrówki od najbliższej drogi samochodowej. Szlak prowadzi m.in. przez górzysty teren, trzeba zaliczyć strome podejście na wysokość 4600 m. W Takesi mieszkały trzy rodziny z plemienia Indian Aymara. Ci ludzie opuszczają wioskę tylko pięć razy w roku, żeby zrobić zakupy. Przez resztę miesięcy żyją z tego, co sami wyprodukują. Poczuliśmy się tam jak w magicznej krainie, którą opuszcza się z wielkim żalem.

Dla niektórych fotografów najważniejsze jest ustawienie modela, pełna kontrola nad obrazem. Jakie jest twoje podejście?

Dużo zależy od rodzaju fotografii, ale nawet wykonując ustawiane zdjęcia portretowe przede wszystkim poszukuję naturalności, szczerości, spontaniczności. Do Ameryki zabrałem ze sobą ten styl pracy, staram się nie ingerować w przebieg wydarzeń, czekając na decydujący moment. To nie znaczy, że chowałem się za krzakami (śmiech). Przeciwnie, obiektyw 35 mm często zmuszał mnie do tego, żeby podchodzić bardzo blisko. W myśl zasady, że jeśli zdjęcie nie jest dobre, to znaczy, że nie byłeś wystarczająco blisko.

copacabana-lagotiticaca-bolivia026

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

Jak zatem pozyskujesz zaufanie ludzi?

Ludzie muszą czuć, że działasz w dobrej wierze, że nie chcesz im zrobić nic złego, tylko jesteś przyjaźnie nastawionym, ciekawym świata gościem, który chce poznać nowe zwyczaje, obrzędy, tradycje. Akt fotografowania jest tylko dodatkiem.

Nigdy nie pomyślałeś, że wyjmując aparat, upodabniasz się w jakiś sposób do turystów, przed którymi uciekałeś?

To jest druga zasadnicza różnica pomiędzy fotografią komercyjną a podróżniczą. Gdy pracujesz na zlecenie, nie zastanawiasz się, po co to robisz. Gdy wyciągnięcie aparatu jest dobrowolne, pojawiają się pytania o sens tej czynności. I przyznam, że nierzadko biłem się z myślami, czy to, co robię, ma sens.

Często z tyłu głowy mam to, co o fotografii napisała Susan Sontag. Że jest to rodzaj kolekcjonowania świata, który niewiele tłumaczy, ponieważ obraz jest przeciwieństwem poznania, które z założenia opiera się na podaniu w wątpliwość tego, co widzimy. W dobie bezrefleksyjnej „konsumpcji” obrazów w internecie mam podobne odczucia. Choć na pewno dobra fotografia wciąż ma dużą moc oddziaływania na emocje.

Inna sprawa to pytanie o to, jak fotografowanie wpływa na otoczenie, które fotografujesz. Miałem na przykład duże opory, aby wyciągnąć aparat na cmentarzu w Boliwii w trakcie Święta Zmarłych. Jednak dość luźna atmosfera – związana z tym, że Boliwijczycy w trakcie tego święta piją, jedzą, śpiewają i muzykują – sprawiła, że odważyłem się, choć fotografowałem bardzo dyskretnie. Te zdjęcia są jednymi z mocniejszych, jakie udało mi się zrobić w trakcie podróży.

IMG_014

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

Piotr Spigiel, wrocławski fotograf i twórca wideo, absolwent dziennikarstwa i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz fotografii na ASP, odbył zimą zeszłego roku 4,5-miesięczną podróż po Ameryce Południowej. Wraz ze swoją dziewczyną przemierzył sześć krajów – Peru, Boliwię, Chile (docierając m.in. do Patagonii), Argentynę, Urugwaj i Brazylię, pokonując ponad 20 tys. km. W trakcie podróży prowadzili bloga: www.pm-am.org.

Prezentowane zdjęcia pochodzą z pobytu w Boliwii.

IMG_017

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

IMG_020

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

IMG_022

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

IMG_023

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

IMG_028

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

IMG_029

fot. Piotr Spigiel | piotrspigiel.com

*pełną rozmowę przeprowadzoną przez Łukasza Knapa można przeczytać w numerze 14 MONITOR MAGAZINE

Udostępnij