BIZNES KLASA: SEBASTIAN MIKOSZ

Dwukrotnie uzdrowił LOT, a teraz stoi przed nim nowe zadanie – ekspansja i międzynarodowy rozwój internetowego centrum podróży eSky. Przewodniczący ubiegłorocznej 16. edycji konkursu Efektywności Komunikacji Marketingowej Effie Awards opowiada o trendach w podróżowaniu i zapowiada nową, kompleksową usługę, dzięki której za pomocą jednego kliknięcia kupimy bilet na samolot, nocleg w hotelu i bilet do opery. Szybko, intuicyjnie i w konkurencyjnej cenie. 

 

Pamięta pan swój pierwszy lot samolotem?

Nie wiem, czy był to pierwszy, ale na pewno jeden z pierwszych w moim życiu. To wydarzenie zapamiętuje się na całe życie, tym bardziej, że jako dziecko mogłem wejść do kabiny pilotów. To był tupolew 134, w którym nawigator siedział poniżej pilotów, a cały samolot miał oszklony przód. Te radzieckie samoloty miały lądować na Syberii i dzięki specyficznej konstrukcji nawigator mógł instruować pilotów, jak trafić na pas. A my lecieliśmy nim do Paryża. Mogłem mieć z 6 lub 7 lat.

Co najbardziej fascynowało siedmiolatka?

Fakt, że samolot w ogóle leci! (śmiech). Ale i sam proces podróży, który człowiek rozpoczynał wtedy cztery dni wcześniej, nabożnie pakując w domu walizki, kilkanaście razy sprawdzając paszport i bilet. Dodatkowo żelazna kurtyna i cały ówczesny porządek polityczny sprawiały, że taka wycieczka nie była tylko lotem do innego kraju, to był lot na inną planetę! Realia, które dziś naprawdę trudno wytłumaczyć moim dzieciom. Gdybym je przeniósł w czasie, to pewnie pomyślałyby, że są w więzieniu. Albo przynajmniej w jakiejś bajce, ale to z gatunku tych najbardziej upiornych. Kiedyś opowiadałem synowi o stanie wojennym, w czasie którego wyłączyli telefony i mój ojciec nie mógł zadzwonić do mojego dziadka. Na co on zdziwiony odparł: to trzeba było zadzwonić z komórki!

Dla mnie to pierwsze wzbicie się w powietrze było dokładnie taką samą abstrakcją. Gdy myślę o tym dzisiaj, odbieram to bardziej jako akt polityczny niż podróżniczy. Pamiętam stare Okęcie, które dziś jest Terminalem Etiuda. Mieszkaliśmy w Krakowie, więc cała ta podróż pociągiem do Warszawy, transfer na lotnisko, duże miast – potęgowały wrażenia. Na samej górze terminala znajdowała się restauracja, w której podawali chyba tylko jedno danie: tatara. I już z restauracji było widać płytę lotniska, na której lądowały i startowały samoloty. Ten widok zapamiętałem na zawsze.

Pierwsze marzenie: zostać pilotem?

Skąd! Gdybym chciał nim być, to pewnie bym nim został. To była po prostu fascynacja podróżą.

Po pracach w spółkach konsultingowych, zajmowaniu się rynkami wschodzącymi , audytami tak się złożyło, że ta fascynacja przerodziła się w sposób na życie. Dwukrotnie jako prezes PLL LOT nie tylko wyprowadził pan spółkę z widma bankructwa, ale wypracował też pierwszy od 2007 roku stumilionowy zysk. Jak to się robi?

Należy pamiętać, że LOT nie był zadłużony. Długi spółki były praktycznie żadne. Kiedy przychodziłem do firmy, dwukrotnie, rzeczywiście znajdowała się ona na granicy upadłości, ale z powodu strat powstałych wskutek kryzysu wygenerowanego całą serią zdarzeń. Za pierwszym razem był to spadek kursu ropy, a firma była zabezpieczona na bardzo wysokie kursy. To doprowadziło do wygenerowania strat, które trzeba było pokryć, a które zamieniliśmy w dług. Ten z kolei musiał zostać spłacony. Firma sama w sobie się nie zadłużyła, tylko instrumenty finansowe pociągnęły ją w dół. Oczywiście nigdy nie ma jednego powodu – do tej sytuacji „dołożyła” się konkurencja, spadek cen biletów, wieloletni brak dekapitalizowania, itd. Nie wierzę w fenomeny, które są widoczne dla jednych, a kompletnie niewidoczne dla innych. Szczególnie przy tak ogromnej firmie jak LOT nie da się skupić na jednym problemie, naprawić go i liczyć, że już będzie okej. To zawsze jest wypadkowa wielu spraw – albo kumulujących się, albo dziejących jedna po drugiej. I wszystkie te sprawy trzeba ułożyć jak puzzle.

 

*Cały wywiad dostępny jest w numerze 15 MONITOR MAGAZINE

MONITOR MAGAZINE – KUP TERAZ

 

Udostępnij