POZWÓLMY SOBIE

Naukowe definicje luksusu mówią o przepychu. Potocznie: „coś, czego my nie mamy, więc po co to innym”.

 

„Ser jest obok pedagogiki drugą namiętnością mego męża”, zwierzała się w 1964 roku „Życiu Warszawy” 33-letnia sekretarka, wykształcenie półwyższe. „Gdyby wygrał milion w totka, nie kupiłby samochodu ani nie ożenił się z Basią Kwiatkowską, ale próbowałby kupić sklep z serami”. O codzienności sekretarki i jej męża wiadomo co nieco. Ona pracuje w szkole podstawowej, on jest tam pedagogiem – na znacznie wyższym szczeblu. Mają syna Krzysia i we trójkę zajmują pokój z kuchnią. Kiedy syn kąpie się w wannie, woda chlapie aż do kuchni. Zapraszają do siebie tylko bardzo bliskich, znajomych już nie, bo nie ma miejsca – jeśli już ktoś wpada, nakrywają kuchenny stół kretonem w pikasy. W tygodniu jadają w szkole, w niedzielę ona gotuje rosół i sztukę mięsa, a kiedy ma dwie, trzy godziny wolnego, pozwala sobie na „luksus zakręcenia włosów na piwo, ufarbowania rzęs i upaćkania twarzy maseczką Herbapolu”. Żyją skromnie, ale marzą z rozmachem. Żaden tam samochód, żaden ślub ze znaną aktorką, tylko sklep z serami. Na własność. I to w 1964 roku, kiedy posiadanie było w najlepszym razie źle widziane, a i sery nie były codziennością!

Nietrudno wyobrazić sobie, co by było, gdyby marzenie się spełniło. Sąsiedzi patrzyliby krzywo, Krzyś nosiłby do szkoły szare ciuszki z pedetu, żeby nie zwracać uwagi, a i tak miejscowy sekretarz partii czekałby tęsknie na niesolidność w rozliczeniach. Jeden z PRL-owskich dygnitarzy wspomina w dziennikach satysfakcję sekretarza wojewódzkiego w całkiem sporym mieście: „Mamy jeszcze kilku prywaciarzy, ale już ich kończymy. O, tutaj był taki prywaciarz, lody sprzedawał. Zawsze stały kolejki. Kazałem dać mu domiar na pół miliona. Zapłacił bez szemrania. No to kazałem dodać jeszcze pół miliona. Nie wytrzymał. I już go nie ma”.

Sklep z serami zatem pewnie nie przetrwałby długo. A gdyby wcześniej żona serowara zamieniła maseczki Herbapolu na wizyty u kosmetyczki i, nie daj Boże, pokój z kuchnią na jakąś większą przestrzeń, nie miałaby spokoju już nigdy. „Och, to był PRL!Czasy niedoboru, trudno się dziwić”, powiedzą niektórzy.

Przenieśmy się zatem w niedobór współczesny – bo co do jego istnienia nie mamy wątpliwości – gdzie woda z wanny już rzadko chlapie do kuchni. Przenieśmy się, co więcej, w środowisko beneficjentów zmiany. Nie tych, którzy co chwilę sprawdzają jak mają się akcje ich przedsiębiorstw na światowych giełdach, ale tych, którzy nie muszą sprawdzać co chwilę, czy wreszcie przyszedł przelew.

No więc spotykają się gdzieś w centrum Warszawy. Jedna prowadzi spory biznes, wymagający niestety siedzenia głównie w biurze. Druga prowadzi rower, a biznes, niestety kreatywny, dopiero rozkręca. „Jak ja ci zazdroszczę, że możesz być w południe w kawiarni”, mówi ta od biznesu do tej, co właśnie rozkręca. Tak się składa, że obie są przed drzwiami kawiarni, jedna wychodzi, druga wchodzi.

Albo spotykają się w Poznaniu, na imprezie gromadzących przedsiębiorczych i nowoczesnych. Nie za bardzo może bogatych, raczej aspirujących. „Masz trampki tej akurat marki? Chyba zwariowałeś”, mówi ten bardziej aspirujący do tego bardziej przedsiębiorczego. „One w ogóle nie są cool, trzeba nosić tylko takiej a takiej”. Wieczorem organizuje bankiet, zaprosiłby, ale przecież nie z tym przestarzałym logo.

I znowu dwie. Oczytane, średniozamożne, w dodatku na zarobkowym zakręcie. Jedna ma wygodnie urządzone mieszkanie w tak zwanym nowym apartamentowcu. Druga ma palto drogiej firmy. „W tych swoich ubraniach naprawdę chcesz jechać tramwajem?”, ta od mieszkania nie szczędzi przekąsu. Ta od palta tłumaczy, trochę się wstydząc, że przecież przecena i dziesięć lat temu.

Podobnych anegdotek mogłabym przywołać jeszcze sto. Ale nie ma potrzeby, wszystko jest jasne: zazdrościmy innym luksusu, jakkolwiek go pojmujemy.

*cały felieton Aleksandry Boćkowskiej można przeczytać w numerze 15 MONITOR MAGAZINE

MONITOR MAGAZINE – KUP TERAZ

 

Udostępnij