STARY CZŁOWIEK I MORZE

A właściwie trzej mężczyźni w dojrzałym wieku, rzemieślnicy, którzy na emeryturze postanowili ratować stare łodzie.

 

Spotykają się raz w tygodniu, aby realizować swoje marzenia. W końcu mają na nie czas, od wielu lat są na emeryturze. Wszyscy trzej kochają morze, tak jak tytułowy bohater powieści Ernesta Hemingwaya, Santiago. Santiago wypływał na połów marlina, John Douglas, Trond Svensson i Trolle Wasserfall budują za to łodzie tak, jak już nikt dzisiaj tego nie robi.

W Bygdøy – półwyspie na terenie Oslo, tuż za pomnikiem Roalda Amundsena, pierwszego zdobywcy bieguna południowego, przy Norweskim Muzeum Morskim ulokował się mały, 30-metrowy warsztat. To tam powstają łajby.

Douglas był przez całe swoje życie kapitanem handlowca, a także wykładowcą uniwersyteckim specjalizującym się w gospodarce morskiej. Dziś, jako 75-latek nie mógłby się rozstać z morzem. Z przyjaciółmi Scenssonem – redaktorem książek akademickich oraz Wasserfallem – inżynierem, postanowili więc skupić się na łodziach, o których wszyscy zapomnieli.

Wokół rozłożone narzędzia – dłuta, młotki, na środku drewniany szkielet czterometrowej łodzi, która dopiero zostanie ukończona. Będzie to Holmsbupram – tradycyjna łódź norweska z 1850 roku. Charakteryzuje ją podniesiony, wąski, ścięty dziób. Używali jej najczęściej rybacy, a ta klasyczna miała od 3-6 metrów długości. Drewno? Sosnowe. Obok na drewnianym blacie leżą okulary każdego z mężczyzn, których życie nie oszczędzało. Dziś, po całych przepracowanych latach, już nic nie muszą. Ale chcą. Postanowili więc, że dla utrzymania trzeźwości umysłu i ciała, będą spotykać się raz w tygodniu, aby ożywić zapomnianą flotę. Taką, o której większość nawet już nie pamięta. Żaden z nich nigdy nie zajmował się zawodowo stolarką, jednak dzięki poświęceniu i pasji, udało im się zorganizować pracę. Czytają mapy, stare dokumentacje, książki historyczne, szukają tego, co zostało wymazane z pamięci przez czas. Większość z łodzi, które budują trafia do Muzeum Morskiego.

Santiago wypływał na połów marlina, John Douglas, Trond Svensson i Trolle Wasserfall budują za to łodzie tak, jak już nikt dzisiaj tego nie robi.

Do nich należy także poszukiwanie materiałów, z których będą budować. Wybór obiektu, nad którym pracują należy bowiem do archeologów współpracujących z muzeum. Nad wszystkim czuwa profesor Lars Stålegård, który na swoim koncie ma około 30 łodzi.

Wyniki są zadziwiające, tym bardziej, że Douglas, Svensson i Wasserfall szukają materiałów z wybranego okresu – o ile takowe się zachowały. Jeśli nie, chociaż pojedynczych elementów. A jeśli i one nie są dostępne, robią je tradycyjnymi metodami. Pomaga im człowiek, specjalista w postarzaniu materiałów i spec od wyszukiwania najrzadszych okazów. Wspólnie sprawdzają czy każdy mechanizm do siebie pasuje, czy faktycznie pochodzi z okresu odpowiadającemu dokumentacji. Potem zostaje już tylko wykombinowanie, jak łączyć ze sobą konkretne elementy, żeby efekt był jak najbardziej zbliżony do oryginału.

Norwegowie mają bzika na punkcie morza. Uczą się je kochać od małego. Łodzie są ważnym elementem kultury skandynawskiej, dzięki nim zdobywali pożywienie (społeczności rybackie), wygrywali wojny (Wikingowie), zmieniali miejsca zamieszkania, odkrywali (jak wspomniany Amundsen). Kiedyś niemal każde domostwo konstruowało własną łajbę. Dziś tradycji tej już się nie pielęgnuje. Przypomina o niej Norweskie Muzeum Morskie, dając żywy przykład historii: można? Można. Dzięki małemu warsztatowi, do którego można zajrzeć przez szklaną ścianę, ludzie na powrót nabierają podziwu i tęsknoty za rzemiosłem, tak bardzo związanym z ich ziemią. Można ich tam spotkać w każdą środę.

Norweskie Muzeum Morskie

Norweskie Muzeum Morskie

*w artykule korzystaliśmy z informacji zawartych w informatorze Norweskiego Muzeum Morskiego, publikacjach ze strony newsinenglish.no oraz yorokobu.es

Udostępnij