TO WTEDY WIROWAŁ ŚWIAT

Choleryk i narcyz. Wielbiciel własnego ciała. Geniusz, rzucający balerinami o ziemię. Jednocześnie mężczyzna, na którego można liczyć i który przechytrzył KGB, osiedlając się na Zachodzie, na szczęście dla nas wszystkich. Wielki Rudolf Nuriejew.

 

Na łóżku w szpitalu Notre Dame du Perpétuel Secours w podparyskim Levallois-Perret ostatnie tchnienie wydaje mężczyzna. To, co zdąży jeszcze powiedzieć to „Moby Dick”. Nie jest staruszkiem, choć choroba go wyniszczyła. Ma 54 lata. AIDS chroni go paradoksalnie przed starością, której tak bardzo przez całe swoje życie się bał.

Na łóżku leży Rudolf Nuriejew, jeden z najwybitniejszych tancerzy XX wieku. Jeszcze nie wierzy, że to koniec. Dosłownie dwa miesiące wcześniej, w listopadzie 1992 roku, rozmawia z władzami Petersburga. Wspólnymi siłami chcą założyć najlepszą szkołę baletową. Tego projektu już nie skończy.

Nuriejew to postać skomplikowana i odbierana przez każdego w inny sposób. 700-stronicowa książka Julii Kavanagh portretuje Rosjanina całkowicie inaczej niż to, co maluje długi wywiad „Nuriejew i ja” Roberta Tracy’ego udzielony w 2003 roku Johnowi Ezardowi i Carolyn Soutar. Pierwszy obraz to studium diabelskiego narcyza, niemającego cierpliwości dla hierarchii, dla limitów narzucanych mu z góry i do ról, jakich od niego oczekiwano. Tego, którego cudze porażki wyprowadzały z równowagi, bo traktował je jak własne. Kavanagh, była tancerka, nie ma litości dla Nuriejewa. Ale nie znęca się nad nim. Po prostu, nie pomija niewygodnych faktów na jego temat, które jednak często można wytłumaczyć. Autorka jednak nie zamierza tego robić.

Co innego Tracy. W tym wypadku w grę wchodzą uczucia. Był bowiem Tracy nie tylko najlepszym przyjacielem Nuriejewa, ale również jego kochankiem. Na ten temat jednak wszyscy milczeli, aż po sześcioletnim śledztwie Edadr i Soutar ustalili tajemniczą postać związaną uczuciowo z wielkim tancerzem. Tracy nie potwierdził związku aż do 2003 roku. Mówiąc o Nuriejewie w wywiadzie słychać tęsknotę za kochanym mężczyzną. To Tracy opowiedział o jego strachu przed starzeniem się, o kobietach, z którymi sypiał i pragnieniu bycia ojcem (najchętniej w wyniku współżycia z Nastassją Kinski). Tych historii Nuriejew nie opowiedział nikomu innemu. I być może, przez swoje osobiste związki nie był Tracy bezstronny, ale jako profesor i wykładowca Fordham University, a także krytyk tańca publikujący m.in. w „Time” potrafił mówić prawdę i oddzielić ją od uczuć.

Jaki więc był Nuriejew? Z pewnością gwiazdorzył, wpadał w ataki szału, które trudno było zatrzymać. Był też wylewny i lubił pomagać. Kochał, ale był samotny. A życie raz podkładało mu kłody, innym razem zsyłało skrzydła.

Wszystko zaczęło się w pociągu Kolei Transsyberyjskiej, niedaleko Irkucka w 1938 roku. To w pędzącej maszynie, w podróży do Władywostoku, gdzie stacjonował wówczas ojciec – politruk Armii Czerwonej, urodził się Rudolf Nuriejew. Rodzice byli Tatarami, wkrótce ojciec został strażnikiem w fabryce, a cała rodzina zamieszkała na 16m². Nie przelewało się. Ojciec był surowy. Matka kochająca. I to ona w pewną Noc Sylwestrową zabrała Rudolfa i jego siostry na przedstawienie baletowe. Miał siedem lat. To wtedy oszalał na punkcie tańca.

Lekcje brał w tajemnicy przed papą, który nie chciał słyszeć o tak niemęskim zajęciu. W tym czasie miłość chłopaka rosła. Pomagała w tym starsza siostra, Rosa, która także uczyła się tańca, a wieczorami przynosiła bratu kostiumy, które ten wąchał, dotykał i oglądał godzinami. Taniec stał się jego obsesją.

Ze względu na wojnę i zniszczenia, które dotkliwie wpłynęły na sferę kultury, do Leningradzkiej Szkoły Choreograficznej im. Kirowa, Nuriejew trafił dopiero w 1955 roku. Po chwili przeniósł się do Moskwy, aby spełniać swoje marzenia w szkole przy Teatrze Bolszoj. Nie radził sobie jednak w stolicy, nie było go na nią stać. Wrócił do Leningradu (dzisiejszy Petersburg).

Wszystko zaczęło się w pociągu Kolei Transsyberyjskiej, niedaleko Irkucka w 1938 roku. To w pędzącej maszynie, w podróży do Władywostoku, gdzie stacjonował wówczas ojciec – politruk Armii Czerwonej, urodził się Rudolf Nuriejew.

Był piekielnie zdolny. Charakter miał za to do niczego. Mieszkał w 19-osobowej sali, ale ignorował wszystkich współlokatorów. Miał temperament, którego ani surowy ojciec, ani nauczyciele nie potrafili utemperować. Dla wykładowców był okropny, niegrzeczny i wybuchowy. Z wiekiem jego charakter miał być coraz gorszy. Jedyną osobą, która miała na niego jakikolwiek wpływ był Aleksander Puszkin, określany już wtedy jako „święty rosyjskiego baletu” (ten sam Puszkin kształcił kilka lat później Barysznikowa), uczył tylko mężczyzn, kierunkował ich na balet klasyczny. Był cierpliwy i wyrozumiały, dzięki czemu udawało mu się budować indywidualności. „Dwie święte godziny” – tak o codziennych treningach z Puszkinem mawiał Nuriejew. Nic dziwnego – Puszkin wzywany był również na inne zajęcia przez kadrę, wtedy podchodził do niesfornego uczniaka i mówił: „Rudik, nie można się tak zachowywać. Zrób kilka piruetów, to cię uspokoi”. I uspokajało.

Nuriejew miał 21 lat, kiedy nabawił się kontuzji, zerwał więzadło. Wtedy Puszkin zaprosił go pod swój dach, gdzie z żoną zajmowali się niedysponowanym chłopakiem, jak synem. Okazało się jednak, że 42-letnia żona Puszkina, była tancerka Xenia zakochała się w młodzieńcu i uwiodła go. Potem miała mu gotować, prać, uczestniczyć w próbach i przedstawieniach, odganiając ewentualnych przyszłych przyjaciół. Czy Puszkin domyślał się tego, co wydarzyło się pod jego dachem? Podobno tak. Mimo wszystko, nadal zachowywał się wobec Nuriejewa niczym ojciec. A ten pokochał go za to dozgonnie.

Nuriejew nie spodziewał się, że już za kilka lat przyjaźnić będzie się z Freddiem Mercurym, Jackie Kennedy Onassis, Mickiem Jaggerem, Lizą Minelli i Andym Warholem. Nie spodziewał się, ale marzył o tym. Wszystko szło w odpowiednim kierunku. Był tylko jeden problem – wydostać się ze Związku Radzieckiego. A to wydawało się przeszkodą nie do przeskoczenia.

Był piekielnie zdolny. Charakter miał za to do niczego. Mieszkał w 19-osobowej sali, ale ignorował wszystkich współlokatorów. Miał temperament, którego ani surowy ojciec, ani nauczyciele nie potrafili utemperować.

W towarzystwie studentów baletu wyróżniał się sylwetką i stylem. Uważał, że jego koledzy są brzydcy. On wolał wypinać pierś, stawać na pointach, aby jego nogi wydawały się dłuższe. Dziś jest to normą, ale sowiecki mężczyzna w latach 50. XX wieku nie wyobrażał sobie tak bezczelnej feminizacji. Nuriejew tak.

Już wtedy, choć wszystkich denerwował swoim podejściem, miał wpływ na ludzi, którzy lgnęli do niego i chcieli za nim podążać. Miał w sobie coś magnetycznego, zwierzęcego, co mimo woli przyciągało. Jak przypomniał w jednym z artykułów poświęconym tancerzowi „The New York Times”, gdy Nuriejew jako młodzian tańczył w „Don Kichocie”, przerwa w przedstawieniu została wydłużona do całej godziny, bo ten odmówił wyjścia z garderoby w slipach, które w tym czasie były niezbędne w stroju każdego baletmistrza. Nuriejew wymyślił, że będzie występował wyłącznie w trykotach (co dziś jest standardem) i oczywiście dyrekcja musiała mu ulec. Skorzystali na tym również inni męscy członkowie zespołu, a więc „Don Kichota” ukończono w trykotach. Wygodniej, lepiej. Brawa były długie i szczere.

Szybko Nuriejew został solistą w Teatrze im. Kirowa i porywał Rosjan swoim tańcem, tym bardziej, że sam coraz częściej dawał się porywać własnej interpretacji. W tym momencie swój celownik skierowało na niego KGB. Była to tylko kwestia czasu. Niedługo zaproszono tancerza na grzeczną pogawędkę, podczas której padło pytanie: dlaczego nie przystąpiłeś jeszcze do komunistycznej młodzieżówki? Nuriejew mający gdzieś autorytety miał odpowiedzieć: nie mam czasu na takie głupoty.

Ojciec był surowy. Matka kochająca. I to ona w pewną Noc Sylwestrową zabrała Rudolfa i jego siostry na przedstawienie baletowe. Miał siedem lat. To wtedy oszalał na punkcie tańca.

Nie bał się i nie uznawał narzucanych mu autorytetów, o ile sam ich nie wymyślił. Ale im bardziej rosła popularność Nuriejewa, tym bardziej interesowały się nim służby. Trudna osobowość miała stanąć mu na drodze wielkiej szansy – wyjazdu do Paryża na gościnne występy. Sprzeciwiali się temu agenci KGB, ale także dyrekcja teatru, która nie chciała dokładać sobie niepotrzebnych problemów z władzą. I tu zaczyna się prawdziwa historia kryminalna, gotowy scenariusz na film. Okazało się, że tancerz Konstantin Siergiejew został kontuzjowany, a ktoś musiał go zastąpić. Ktoś dobry. Bardzo dobry. Jedynym kandydatem był Nuriejew. Nadal wszyscy mieli obiekcje. Dopiero, kiery dyrektor paryskiej opery zainterweniował, chcąc poznać osobiście ten wielki, rosyjski diament, teatr uległ. Nuriejew poleciał do Paryża. Paryskie przedstawienia zelektryzowały widownię i krytyków. „Le Monde” huczał, że Nuriejew to kot o wielkich, dzikich oczach, poruszający się wbrew prawu grawitacji. Porównywano do go Niżyńskiego w „Ognistym ptaku”. Popularność wybuchła. Na ogonie siedziało mu tym razem już kilku agentów KGB, ale nic sobie z tego nie robił, podobnie jak z tego, że miał prosić o pozwolenia na wyjście na kolacje, do kina czy teatrów z kolegami Francuzami, których poznawał dużo i chętnie. Nie prosił o nie. Chadzał za to regularnie. To miało rozjuszyć agentów, oskarżających go o zbyt bliskie kontakty z obcokrajowcami. Zabroniono mu podróży ze swoją grupą taneczną do Londynu i postanowiono użyć fortelu, aby ściągnąć go z powrotem do ZSRR. Najpierw Nuriejew dostał informację z prośbą o natychmiastowy lot do Moskwy ze względu na pilne przedstawienie na Kremlu, w którym miał grać główną rolę. Gdy to nie pomogło, przekazano mu informację o ciężkiej chorobie matki z prośbą o szybki powrót, aby móc zobaczyć ją po raz ostatni. Nuriejew nie był głupi. Wiedział, że po powrocie do Rosji, KGB wsadzi go do więzienia – w najlepszym wypadku, a rzeczy, które mu opowiadają to bajki. Postanowił więc zagrać wszystkim na nosie. 

16 czerwca 1961 roku, na lotnisku Le Bourget siedział w otoczeniu agentów KGB, gotowy do odlotu do kraju. Wcześniej, w tajemnicy, udało mu się zawiadomić o sytuacji koleżankę Clarę Saint, córkę ministra spraw zagranicznych, która pędziła taksówką, lokalizując jednocześnie francuskich policjantów. Gdy dotarła na lotnisko, przylgnęła do Nuriejewa, tłumacząc, że to jej ostatnie pożegnanie. W tym momencie wskazała tancerzowi kilku stróży prawa, do których Rosjanin, ile sił w nogach ruszył. Dobiegając poprosił ich o azyl polityczny. Udało się, a w ciągu tygodnia otrzymał angaż w zespole Marquisa du Cuevas. 

Rozwścieczyło to Rosjan. Od tej pory odmawiali Nuriejewowi wstępu do kraju, a więc odwiedzin matki aż do 1987 roku, gdy umierała. Na wizytę zgodził się prezydent Michaił Gorbaczow, a po dwóch latach zaprosił tancerza nawet do występu z Baletem Kirowa. Było to wzruszające spotkanie – po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat spotkał swoich nauczycieli i kolegów ze szkoły.

Azyl, o który prosił Nuriejew nie był wynikiem pragnienia wolności i spokojnego, dostatniego życia na Zachodzie – choć nie da się zaprzeczyć, że również o to chodziło. Przede wszystkim Nuriejew myślał o udoskonalaniu swojej techniki tańca. Kiedy tańczył jeszcze w Rosji, zdobywał pirackie taśmy tancerzy europejskich. Szczególnie jedna zwróciła jego uwagę – ta, w której tańczył 9 lat starszy Bruhn, reprezentujący inną technikę, z niewymuszoną dostojnością, klasą i piękną linią. Tego pragnął Nuriejew i obiecał sobie, że gdy tylko zamieszka poza Związkiem Radzieckim odnajdzie Bruhna i jego choreografa. Odnalazł. Tancerzy połączyła przyjaźń i namiętność, a także wzajemne inspirowanie się i codziennie próby w studiu. Odnaleźli miłość życia, choć był to burzliwy związek, który trwał aż do śmierci Bruhna w 1986 roku.

Nuriejew nie spodziewał się, że już za kilka lat przyjaźnić będzie się z Freddiem Mercurym, Jackie Kennedy Onassis, Mickiem Jaggerem, Lizą Minelli i Andym Warholem. Nie spodziewał się, ale marzył o tym. Wszystko szło w odpowiednim kierunku. Był tylko jeden problem – wydostać się ze Związku Radzieckiego. A to wydawało się przeszkodą nie do przeskoczenia.

Rok po otrzymaniu azylu, Nuriejewowi zaproponowano posadę solisty w prestiżowym Royal Ballet w Londynie. Wiedziano, że nie będzie to łatwa współpraca, ale to ryzyko zaowocowało pełnymi salami i wielką popularnością baletu. Co ciekawe, historia powtórzyła się 40 lat później, z równie ciężkim we współpracy Połuninem, uznawanym za spadkobiercę talentu Nuriejewa. Jeden i drugi dali się we znaki dyrektorom placówki.

Pierwsze przedstawienie Nuriejewa w Royal Ballet to „Giselle”. Jego partnerką została starsza o niemal 20 lat wybitna baletnica Margot Fonteyn. Krytycy uznali zgodnie ten duet tancerzy za najważniejszy w XX wieku. Zaskakiwało w nim wszystko – delikatność Fonteyn i zwierzęcość Nuriejewa, które splotły się w zadziwiająco współgrające elementy układające się w całość. Zaskakiwał wiek baletnicy – gdy zaczynała tańczyć z Nuriejewem, powinna przechodzić na emeryturę. Przez dekadę, po każdym przedstawieniu kurtyna podnosiła się 25 razy – tyle razy wywoływano ich oklaskami. Wszystko wyglądało pięknie, natomiast na próbach z rosyjskim perfekcjonistą przeżywano piekło. Przeżywała je również Fonteyn, która żywiła do partnera głębokie uczucia, podobnie jak on do niej, jednak nie przeszkadzało mu to krzyczeć na nią podczas treningów, że „tańczy jak gówno”. Zresztą nienawidził prób i nie chciał się na nich pojawiać.

Fontayne dostawało się za zamkniętymi drzwiami, a podobny stres przeżywała prasa. Tak jak wtedy, gdy Nuriejew przed 50 dziennikarzami zdarł z siebie kostium, bo uważał, że… skraca mu nogi. Jego napady furii miały być coraz częstsze. Podczas wyjazdu do Sztokholmu kopał podium dyrygenta do momentu, kiedy całkowicie go nie zniszczył. Ale nic sobie z tego nie robił. Robiły sobie za to teatry i opery, które zadłużały się na poważne kwoty próbując zrealizować potrzeby produkcyjne Nuriejewa. Dyrektor National Ballet of Canada musiał zastawić swój dom pod hipotekę!

Pierwsze przedstawienie Nuriejewa w Royal Ballet to „Giselle”. Jego partnerką została starsza o niemal 20 lat wybitna baletnica Margot Fonteyn. Krytycy uznali zgodnie ten duet tancerzy za najważniejszy w XX wieku.

Fonteyn był wierny na scenie, ale partnerowały mu również inne balleriny, jak Sylvie Guillem, Lynn Seymoir czy Natalia Markarowa. Już wtedy dyskutowano na temat orientacji seksualnej tancerza, który podsycał plotki, a opinię publiczną doprowadził do wrzenia prezentując męski duet z Christopherem Gable w 1964 roku. Tańczyli „Images of love” w choreografii MacMillana.

Nie da się ukryć, że wybuchowy charakter Nuriejewa był trudny do zniesienia również dla niego. Był narcyzem totalnym. Musiał lśnić najjaśniej nie tylko podczas występów, ale często wymuszał kontrolę na próbach. Choreografów doprowadzał do szału. Jeśli miał słuchać kogokolwiek, przyznał, że byłby to George Balanchine. Ten choreograf był jednak trudnym orzechem do zgryzienia, tak samo trudnym, jak Nuriejew. I nienawidził gwiazd. A baletmistrz gwiazdą był już „pełną gębą”. W wywiadzie dla „Esquire” powiedział Balanchine: „Nuriejew myśli tylko o sobie, a my tego nie potrzebujemy”. Wywiad ten wspomniała Kavanagh w biografii Nuriejewa. Dotarła również do faktów, które dowodzą, że przeciwko przybyciu Rosjanina na stałe do New York City Ballet spiskował jego dyrektor Lincoln Kirstein i krytyk „Timesa” John Martin. Nie miało to podobno wpływu na decyzje Balanchine’a. Współpraca tytanów nie doszła do skutku.

Co z tego? Kariera tancerza wciąż nabierała tempa. Nuriejew zaczął pojawiać się nie tylko na deskach teatrów, ale również w filmach (dlatego takie wrażenie robił na Barysznikowie). W 1976 roku Rosjanin zagrał główną rolę w filmie Kena Russella „Valentino”, potem pojawił się z Nastassją Kinki w „Odsłonie”. Największą radość sprawił mu udział w Muppetach – to zresztą zapewniło serialowi największą oglądalność w historii.

Powoli kończył się jego kontrakt z Royal Ballet. Był 1979 rok. Wtedy w drodze na jedną z prób poznał Roberta Tracy’ego. Mówił o nim, że jest jak Mars, bóg wojny wymalowany na płótnach Carlo Saraceniego. Po trzech dniach zamieszkali razem. Byli kochankami przez ponad dwa lata, a przez kolejne kilkanaście łączyła ich głęboka przyjaźń. Nikt ani wcześniej ani później nie opowiadał tak pięknie o tancerzu, jak Tracy – był inteligentny, studiował filologię klasyczną. To imponowało Nuriejewowi. Po śmierci baletmistrza zabroniono mówić Tracy’emu o związku, a fundacja Nuriejewa zapłaciła za milczenie 600.000 dolarów. Mężczyzna nie zamierzał mówić. Nie wydał wspomnień, książki. Dopiero w wywiadzie przypomniał przyjaciela.

Początek lat 80. był trudny. Tancerz przez wyczerpujące, codzienne treningi cierpiał z powodu narośli kostnych, na mocne bóle pleców (narzekał, że baleriny są za ciężkie, przez co zaczął ze złej woli upuszczać je na ziemię). Wciąż jednak tańczył. Bez tańca nie wyobrażał sobie życia. I denerwował się, że ciało nie może znieść ciężkich ćwiczeń. To starał się zrekompensować sobie pieniędzmi oraz dużym domem w Londynie, willą na południu Francji, apartamentem w Nowym Jorku i Paryżu oraz rancho w Virginii, do którego lubiła wpadać Jackie Onassis.

Rudolf Nuriejew rzucał talerzami wypełnionymi jedzeniem w ludzi. Ciskał z pełną premedytacją balerinami – jego partnerkami – o ziemię. Był dziki, ale jednocześnie bardzo prawdziwy. Był wielki.

W 1983 roku został dyrektorem artystycznym Paris Opera Ballet. Ale i na tak poważnym stanowisku się nie uspokoił. Postanowił przeprowadzić rewolucję zatrudniając nauczycieli spoza Francji oraz choreografów tańca współczesnego, co dla klasycznej placówki było poważnym zaskoczeniem. Gdy jeden z nauczycieli, Michel Renault sprzeciwił się, żeby Nuriejew wparowywał na jego lekcje wprowadzając własne korekty, ten złamał mu szczękę. Renault poszedł do sądu, który przyznał mu 25 tysięcy franków odszkodowania. Nuriejew zareagował we właściwy dla siebie sposób: „gdybym wiedział, że zapłacę tak mało, uderzyłbym go dwa razy”.

Nie to było najgorszą rzeczą. W 1984 roku zdiagnozowano u Nuriejewa HIV. Epidemia szerzyła się na początku lat 80., szczególnie w środowiskach homoseksualnych i artystycznych, wywołując popłoch. Tego Rosjanin nie zaakceptował, utrzymując przez cały czas, że jest zdrowy. Jego choroba była aż do śmierci „tajemnicą poliszynela”.

Dwa lata później Nuriejewa spotkała kolejna tragedia. W szpitalu w Toronto zmarł na AIDS Eric Bruhn – miłość jego życia. Rok po nim odeszła matka. A w 1988 roku, dokładnie 16 września, po raz ostatni zatańczył w „Baroque Pas de Trois” z Fonteyn. Ona miała 69 lat. On 50. Żegnał się z nią publiczne określając ich taniec jako „jedno ciało i jedną duszę”. W tym samym roku, nowy dyrektor generalny paryskiej placówki próbował wymusić na Nuriejewie pobyt w Paryżu przez cały rok i rezygnację ze współpracy z innymi teatrami. Ten w odpowiedzi podpisał trzyletni kontrakt w Stanach Zjednoczonych na etat w pełnym wymiarze godzin. Tego było za wiele. W 1990 roku, trzy lata przed śmiercią mistrza, Paryż rozwiązał z nim umowę. Tak czy inaczej, śmiertelna choroba dała o sobie znać i tancerz musiał ograniczyć działalność. Coraz bardziej tracił siły.

Wtedy zajął się głównie choreografią, w której, jak przyznają krytycy niekoniecznie był najlepszy.

1992 rok miał się okazać stadium finalnym, w którym AIDS zaatakowało z całą siłą. Wtedy, mimo operacji i częstych pobytów w szpitalu, Nuriejew zapragnął… dyrygować. I zrobił to kilkukrotnie, m.in. w Metropolitan Opera House w maju tego samego roku, nadając rytm „Romeo i Julii”. Po raz ostatni publicznie pojawił się 8 października 1992 roku na premierze „La Bayadere” w Palais Garnier, do której stworzył choreografię. To było jego pożegnanie.

Zmarł 6 stycznia 1993 roku.

Rudolf Nuriejew rzucał talerzami wypełnionymi jedzeniem w ludzi. Ciskał z pełną premedytacją balerinami – jego partnerkami – o ziemię. Był dziki, ale jednocześnie bardzo prawdziwy. Był wielki. I zdecydował o tym on sam, jego duma w tańcu, szczęście, które mu dawał i nieodparty sex appeal. Nuriejew kochał siebie, kochał swoje ciało. A wszystko to kochała publiczność. Tańczył brawurowo, odważnie, ale z delikatnością, choć była bardzo szorstka. Pomagał potrzebującym, zwracał uwagę na związki z ludźmi. Zachowywał się zawsze na przekór dulszczyźnie i jej normalności – takiej, jaką mieszczaństwo uważało za stosowną.

Łączył balet z tańcem nowoczesnym. I stworzył na nowo tancerza w balecie.

Oto on, Rudolf Nuriejew.

Udostępnij