JURODIWY XXI WIEKU

Zajmowanie się sztuką w Rosji nie jest łatwym zajęciem. Zajmowanie się sztuką zaangażowaną jest jeszcze trudniejsze. Aresztowania, tortury, morderstwa. Oto codzienność Kremla borykającego się ze sztuką polityczną.

 

Wśród rosyjskich artystów nie ma solidarności. Niestety. Nie dotyczy to tylko przypadków sztuki feministycznej. Z czego to wynika? Często ze strachu, bo władze rosyjskie są jednym z największych prześladowców sztuki zaangażowanej na świecie. Sądy, więzienia, brutalne przesłuchania – tego wszystkiego doświadczają artyści niegodzący się na sytuację społeczno-polityczną, albo tylko ją krytykujący. Gdy świat zaczął mówić głośno o punkowym, kobiecym kolektywie Pussy Riot i protestować przeciwko ich więzieniu i wyrokowi za aktywną krytykę kościoła i Putina, stało za nimi kilku innych artystów, w tym mąż jednej z członkiń, Nadjeżdy Tolokonnikowej – Piotr Werzilow i Piotr Pawleński. Jednak głównie opozycyjni dziennikarze, artyści z zagranicy i wszelkie organizacje chroniące prawa człowieka.

Co ciekawe, w Rosji nie ma prawa, które wprost zabraniałoby lub karało za tworzenie anty-establishmentowych dzieł artystycznych. Są za to dziury w kodeksie, które pozwalają władzy działać w tym temacie… nadal w świetle prawa, ale na swoich warunkach. Pomaga w tym ustawa przeforsowana w 2002 roku, która zabrania ekspresji ekstremistycznych. Pierwotnie miało być to narzędzie do walki ze skrajnie prawicowym nacjonalizmem i terroryzmem, stało się jednak młotem na każdy przejaw krytyki władzy. Tak było z radykalną grupą artystyczną Wojna (do historii sztuki współczesnej przeszły ich happeningi „Jebcie się za Niedźwiadka”, „Chuj w niewoli Federalnej Służby Bezpieczeństwa” czy „Przewrót Pałacowy”, za który zostali aresztowani), ze wspomnianymi Pussy Riot, alternatywnym ruchem teatralnym Teatr.doc, ukraińskim reżyserem Ołehem Sencowem (skazanym na 20 lat łagru), a także z Piotrem Pawleńskim, który regularnie uprzykrza kremlowski dzień powszedni. 

Ze wszystkimi jest im ciężko walczyć, bo międzynarodowi obserwatorzy coraz baczniej patrzą na ręce rosyjskiej władzy, ale to Pawleński jest szczególnie niewygodny, bo każdy jego akt twórczy jest nie tylko głośny, ale także bolesny dla Kremla, opinii publicznej i komentatorów. Ból objawia się dwojako – psychicznie i fizycznie.

Co ciekawe, w Rosji nie ma prawa, które wprost zabraniałoby lub karało za tworzenie anty-establishmentowych dzieł artystycznych. Są za to dziury w kodeksie, które pozwalają władzy działać w tym temacie… nadal w świetle prawa, ale na swoich warunkach.

Pawleński urodził się w Petersburgu w 1984 roku. Jest szczupłym, ale silnym mężczyzną, z bardzo krótkimi włosami, wyraźnymi kośćmi policzkowymi i ciemnymi oczami, w których nie da się wyczytać nic. Studiował w Petersburskiej Akademii Sztuki i Projektowania. Wychowywali go ojciec geolog i matka pielęgniarka w bloku z wielkiej płyty. Gdy upadł Związek Radziecki, Pawleński miał 7 lat i zrozumiał jedno: czarno-biała rzeczywistość staje się kolorowa. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy ekranu telewizora. Nie był łatwym dzieckiem, był trudnym nastolatkiem, punkiem, wyrzuconym kilkukrotnie ze szkoły za rysowanie pornograficznych rysunków, których bohaterami byli jego koledzy z ławek. Rysował świetnie, skłoniono go więc do pójścia na studia w Akademii Sztuk Pięknych. Wtedy już wiedział, że tym, na czym mu zależy w jego artystycznej drodze jest odrzucenie i krytyka uśpionego stylu życia rodziców, poddanych według niego propagandzie. Dziś krytykuje tylko matkę, bo ojciec zmarł w 2005 roku, dławiąc się kawałkiem mięsa. Studiował malarstwo, ale uznał, że nie będzie się naginał do służalczej, reżimowej roli. Nie podobały mu się też zajęcia w bardziej nowoczesnej ProArte. Dziennikarzowi Noahowi Sneiderowi opowiedział o tym okresie tak: „Widziałem jak te centra niszczą artystyczny potencjał setek osób, a zamiast tego wkładają w ich głowy świadomość prostytutki, która szuka bogatego klienta i zaspokaja jego każde pragnienie”. Na żywot pokornego magistra sztuki nie było więc szans. W tym czasie poznał zresztą Oksanę Szałyginę, z którą związał się zawodowo i prywatnie. Podzielili się rolami sprawiedliwie: on kreuje, ona organizuje. Tak jest z każdą akcją, tak było z magazynem „Polityczna Propaganda” – platformą służącą dyskusji na temat politycznej sztuki. Takiej, którą zajmuje się Pawleński.

Niewiele potrzeba im do życia. Są anarchistami. Mieszkają w małej kawalerce w Petersburgu z dwoma, kilkuletnimi córkami, które nie chodzą do szkoły, a w domu uczą się kickboxingu, malarstwa, gry w szachy i poezji. W pokoju mieszkają w czwórkę, skromnie. W czterech ścianach są cztery krzesła, stół i biurko. Nie ma szaf, łóżek. Śpią na podłodze, na kocach.

Jeśli zapytać małżeństwo o inspiracje, jednym tchem wymieniają zgodnie Akcjonistów Wiedeńskich, Dadaistów, Rosyjską Awangardę. I Luciana Freuda. I Maneta.

Pawleński, który swoje akcje nazywa polityczną sztuką, jest spadkobiercą bardzo bogatej tradycji performance’u i akcjonizmu w Rosji. Działania podejmowali już rosyjscy dadaiści, a w przedrewolucyjnej Rosji futuryści wyszli na ulice Petersburga z symbolami wymalowanymi na twarzach. Było to szokujące i innowacyjne, jak na owe czasy. Lubili też w swoje akcje angażować widzów i prowokować ich reakcje.

Pawleński jest szczególnie niewygodny, bo każdy jego akt twórczy jest nie tylko głośny, ale także bolesny dla Kremla, opinii publicznej i komentatorów. Ból objawia się dwojako – psychicznie i fizycznie.

Jeśli chodzi o rosyjski polityczny akcjonizm, możemy o nim głośno mówić od lat 90. XX wieku. Wystarczy wymienić Anatolija Osmołowskiego, który kilka miesięcy przed upadkiem ZSRR wyszedł z towarzyszami na Plac Czerwony i wspólnie ułożyli ze swoich ciał napis ХУЙ (chuj), wołając tym samym o platformę dla ich przekazu. Dalej: Oleg Kulik, który na ulicach Moskwy pojawiał się nagi, udając psa, gryząc i szczekając na przechodniów. Dalej: Oleg Mawromatti, akcjonista i reżyser. Dalej: Alexander Brener, który wypróżniał się przed obrazem van Gogha w Muzeum Sztuk Pięknych w Moskwie, uprawiał seks na ulicy i niszczył dzieła sztuki, np. Malewicza, na którego obrazie domalował zielony symbol dolara, za co trafił do więzienia. To jego właśnie Pawleński podziwia najbardziej. Dziś poprzednicy Pawleńskiego albo rzeźbią, albo się wyprowadzili, albo zmienili zajęcie. Nie da się być akcjonistą całe życie i wciąż mieć coś do powiedzenia swoją sztuką, tak bardzo ingerującą w ciało i umysł. Fizycznie i psychicznie.

Pawleński działał ostrożnie. Aż do 2012 roku. Wtedy usłyszeć miał o nim cały świat. Ingerencja w wolność sztuki w Rosji w tym czasie bardzo się zaostrzyła. Aresztowane zostają członkinie Pussy Riot, a Putin w mediach mówi: „mają to, czego chciały”. 23 lipca tego roku Pawleński stanął przed Soborem Kazańskiej Ikony Matki Bożej w Petersburgu z wielkim plakatem mówiącym, że występ Pussy Riot był odpowiednikiem słynnej akcji Jezusa Chrystusa (podając źródło: Mateusz 21, werset 12-13) i z zaszytymi igłą i grubą czarną nicią ustami. Jego zdjęcie obiegło cały świat. Akcja „Szew”, w której po raz pierwszy tak brutalnie zaingerował we własne ciało sprawiła, że jego niemy protest usłyszeli wszyscy.

Co ciekawe, żaden z jego aktów nie jest przypadkowy, ale głęboko osadzony w historii społecznej i sztuki. Akcja „Fiksacja”, podczas której na moskiewskim Placu Czerwonym przybił sobie mosznę grubym gwoździem do podłoża, nawiązywała do tego, co niegdyś w koloniach karnych robili więźniowie protestując – przybijali genitalia do ławek. „Segregacja”, kiedy wspiął się na mur Szpitala dla Nerwowo i  Psychicznie Chorych nagi, odcinając sobie część ucha kuchennym nożem i czekając jak krew będzie spływać po jego ciele, to bezpośrednie odwołanie do van Gogha. Podobnie jak dadaiści i futuryści, swoich obserwatorów również wplątuje w swoje przedstawienia – tym razem są to przedstawiciele władzy, których przekaz Pawleńskiego przerasta. Podczas wspomnianej „Fiksacji” policjanci nie tylko czuli obrzydzenie potwornym widokiem przebitych genitaliów, ale przede wszystkim nie wiedzieli jak się zachować. Finalnie nakryli artystę białym prześcieradłem.

W listopadzie 2015 roku ubrany na czarno, ze srebrnym bakiem paliwa skierował się piękną, przedrewolucyjną okolicą w stronę Łubianki, znanej każdemu Rosjaninowi, budzącej lęk do dziś siedziby byłej KGB, dziś FSB – Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Spokojnie podszedł do drewnianych drzwi. Oblał je benzyną i podpalił. Nie uciekał. Stał spokojnie przed płonącą ścianą i czekał. Na jego twarzy nie malowały się żadne emocje, podobnie jak podczas „Fiksacji” i „Szwu”. Zawsze tak samo spokojny, opanowany, skupiony. Jak wytrzymuje ból? To jego tajemnica.

Akcją tą powrócił z tematem terroru, jakim FSB raczy miliony swoich obywateli, wywołując w nich paraliżujący strach. Powalony na ziemię, wepchnięty do policyjnego samochodu, został odwieziony do aresztu.

Akcja „Szew”, w której po raz pierwszy tak brutalnie zaingerował we własne ciało – zaszywając sobie usta sprawiła, że jego niemy protest usłyszeli wszyscy.

W Rosji wszystko jest „bardziej”. Nawet sztuka, o czym pisał już Izaak Berlin. Pawleńskiego uważa się za wariata i przestępcę. Unika się terminu „artysta”, co uskuteczniają władze państwa, z ministrem kultury – Władymirem Medyńskim – na czele.

Początkowo starano się obchodzić z nim delikatnie, nikomu nie był potrzebny skandal na światową skalę, jak w przypadku Pussy Riot. Ot, nieszkodliwy wariat. Miarka jednak się przebrała po akcji „Wolność”, podczas której z kilkoma innymi osobami Pawleński palił opony i machał flagą Ukrainy.

Gdy władza sobie z kimś nie radzi, ma w zwyczaju nałożyć na tę osobę piętno osoby chorej. Jednak, jak na ironię, mimo wszelkich skandali, nagości i atakowania własnego ciała, Pawleński jest zdrowy. A jeśli już ktoś ma ochotę potraktować go inaczej, niechaj pozostanie jurodiwym rosyjskiej sztuki XXI wieku.

Udostępnij