ARCHEOLOG = POLITYK?

Zbiory British Museum długo wzbudzały kontrowersje. A przynajmniej poważna ich część. Dziś powraca się do dyskusji. Gdyby nie archeologowie i przywłaszczone zabytki z terenów ogarniętych wojną, być może nigdy więcej byśmy ich już nie zobaczyli. Ale czy jest to upoważnione myślenie?

 

Filmy z 2015 roku, na których grupy terrorystyczne działające na terytorium Syrii wysadzają kolejne pomniki kultury, strzelają do nich dla zabawy (ale też w konkretnym celu przestrogi dla Zachodu), zamieniają w pył artefakty fizyczne mające znaczenie symboliczne, sprawiają, że włos jeży się na głowie wszystkim. Oto najstarsza cywilizacja pada na kolana przed bandą rzezimieszków, najczęściej niewykształconych, nie mających pojęcia (i nie widzących różnicy) co zdetonują: starożytną świątynię, czy kamień leżący ot tak na poboczu. Zniszczenie przez ISIS ruin Hatry wpisanej w 1985 roku na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, spalone starożytne księgi z biblioteki w Mosulu, wysadzone stanowiska archeologiczne Nimrud (Kalhu), rozjechane ciężkim sprzętem Dur-Szarrukin to tragedia narodowa. Podobnie jak międzynarodowa grabież dzieł o wysokim znaczeniu kulturowym.

Początek lat 90. to I wojna w Zatoce Perskiej. Embargo nałożone na Irak po inwazji na Kuwejt ograniczyło import właściwie do zera. Do kraju nie dostawały się nawet lekarstwa. W tym samym czasie na miejscu pracowali archeologowie, którzy przeżywali swoje dramaty – pozostawieni często bez możliwości zdobycia środków chemicznych potrzebnych do konserwacji zabytków. Również tych w muzeach.

Do II wojny w Zatoce Perskiej doszło w 2003 roku. Jest to dziś konflikt zbrojny przyjmowany bardzo krytycznie, tym bardziej, że jedną z głównych motywacji była konieczność zlikwidowania broni masowej zagłady, której obecność okazała się wyłącznie domniemana. Nie znaleziono bowiem tego, czego szukano. Tak jak i nie znaleziono historycznych obiektów, które przez lata znikały ze zbiorów muzeów i wykopalisk na terenie Iraku. Korzystano z konfliktów, zamieszania. Rabuneks – bo jak inaczej można to nazwać – tłumaczono zaniepokojeniem i chęcią ratowania pamięci historii kultury przed zniszczeniem. W miejscach na Bliskim Wschodzie, w których dochodzi do konfliktów od zawsze pojawiali się ci, którzy zabierali wszystko, co popadnie, ale również ci z listami na konkretne zamówienia.

Archeologowie i naukowcy, którym zadaje się pytanie o to, czy zagrabione eksponaty powinno się nadal przechowywać w obecnych miejscach (muzea w Londynie, Berlinie czy Paryżu) z ucinanym dialogiem dotyczącym zwrotu, dziwią się jego sformułowaniu i w ogóle zadaniu. W końcu dziedzictwo danego kraju, właśnie do niego należy. Co w sytuacji, gdy nieprzyjazne siły niszczą jak buldożer wszystko, co stanie na ich drodze?

Terroryści sprzedają bezcenne pomniki kultury za śmieszne pieniądze. Większość z nich trafia do kupców we… Francji. Ale również do Niemiec, Anglii, Włoch i Japonii.

Osławione British Museum przez wieki zebrało ponad 8 milionów takich eksponatów – lwią część w sposób dyskusyjny. Wśród nich znajdują się zbiory kultury Mezopotamii, jak choćby pisma klinowe czy skrzydlate byki – tak charakterystyczne dla sztuki asyryjskiej, a większość datowana na IX-VII w. p. n. e. Oczywiście – nikt nie polemizuje z faktem, że aktualnie są one najlepiej chronione właśnie na terenie Muzeum Brytyjskiego. Jakiś czas temu na ten temat wypowiadał się również jeden z polskich dziennikarzy zajmujących się sztuką, często wypowiadający się na jej temat w telewizji śniadaniowej. Stwierdził, ze być może dyskusja nad kontrowersjami związanymi z British Museum trwa, ale można wybaczyć placówce wszystko w obecnej sytuacji – kiedy kolejne miasta i wykopaliska niszczeją z ręki terrorystów. Taki tok myślenia prowadzi jednak do negatywnych skutków, staje się wodą na młyn dla przemytników, kolekcjonerów i ogólnie dla „międzynarodowego kapitalizmu” – jak w artykule dla El País określiła zjawisko Estefania Vasconcellos. Oto konsekwencja i powrót do europocentrycznego myślenia: „jesteśmy lepsi niż wy. To my poradzimy sobie z tematem”. Tak samo było w epoce kolonialnej, której wynikiem w dużej mierze są dzisiejsze konflikty. Dlaczego nie uczymy się na błędach?

Wspomniane działania destrukcyjne ISIS i innych grup terrorystycznych wzmacniają wiarę w to, że kradzież sztuki jest w porządku. Jest mniejszym złem. Szczególnie w obliczu takich wydarzeń jak publiczny mord pod banderą ISIS na 82-letnim Chalidzie al-Asadzie, byłym dyrektorze muzeum Palmyry i archeologu. Ścięto go w odwecie za to, że nie chciał zdradzić, gdzie ukryto skarby archeologiczne. Te skarby nie miały zostać zniszczone – miały zostać sprzedane, organizacje terrorystyczne potrzebują pieniędzy. I dostają je. Najczęściej od mieszkańców państw, które później atakują – więc w przerażająco-absurdalny sposób koło się zamyka. Jak powiedział MONITOROWI syryjski dziennikarz Wassem Abou Hasan, terroryści sprzedają bezcenne pomniki kultury za śmieszne pieniądze. Większość z nich trafia do kupców we… Francji. Ale również do Niemiec, Anglii, Włoch i Japonii. Za kilkadziesiąt tysięcy dolarów kupują eksponaty warte miliony, jak i te bezcenne. 

Oprócz względów finansowych przyczyną postępujących zniszczeń jest obojętność. Wszystko, co zostało stworzone lub zbudowane przed narodzinami proroka jest dla terrorystów i fundamentalistycznych ugrupowań pogańskie i nieinteresujące. Przypomnijmy sobie tylko to, co w Afganistanie robili Talibowie z pomnikami Buddy.

Nawet to nie uprawnia nas jednak do wydawania sądów i legitymizacji zagarniętych przez muzea europejskie artefaktów. Nie można bowiem odbierać innym cywilizacjom prawa do kontynuacji i konsumpcji swojego dziedzictwa. Wystarczy odwrócić kartę – niemieckie muzea, podobnie jak polskie, bombardowano podczas II Wojny Światowej. Polskę okradziono z wielu cennych dzieł sztuki, o które wciąż się upominamy (z lepszym lub gorszym skutkiem). Ciężko nam odżałować wiele dzieł, które znajdują się ukryte w rękach prywatnych kolekcjonerów lub w zbiorach muzeów nieudzielających informacji na ich temat.

Oczywiście, można bronić tezy, wspierając się niestabilną sytuacją na Bliskim Wschodzie i możliwością destrukcji totalnej tamtejszych eksponatów. Jednak warto przypomnieć sobie jeden fakt – kto wywołał wojnę w Iraku? Specjaliści twierdzą, że to 2003 rok był punktem zapalnym dla utworzenia się komórek wkrótce przekształconych w ISIS. Dekada lat 80. była synonimem postępu i rozkwitu w Bagdadzie. Kobiety uczęszczały na uniwersytety biegając na obcasach. Dbano o dziedzictwo kulturowe, ogromne pieniądze przeznaczano na rekonstrukcje i renowacje. Dotowano świeżo powstałe Muzeum Narodowe.

British Museum, ze swoimi kontrowersyjnymi eksponatami, od połowy XIX wieku zebrało ich ponad 8 milionów. Wśród nich znajdują się zbiory kultury Mezopotamii, jak choćby pisma klinowe czy skrzydlate byki – tak charakterystyczne dla sztuki asyryjskiej, a większość datowana na IX-VII w. p. n. e.

British Museum jest dziś atakowane (także z powodu posiadania ogromnych elementów Partenonu), choć mniej niż przed 2015 rokiem. Mimo wszystko ciężko zdobyć jakąkolwiek informację, pracownicy zostawiają dziennikarzy z lakoniczną wypowiedzią o zaniepokojeniu obecną sytuacją na Bliskim Wschodzie, w tym destrukcją muzeów i handlem sztuką. Zmartwienia nie są znowu tak poważne, w końcu większość tych muzeów zamiast dzieł sztuki ma w swoich zbiorach jedynie zdjęcia zrabowanych eksponatów lub ich kopie.

Mimo wszystko, nie można się nie zgodzić z argumentami o niestabilnej polityce i braku środków ekonomicznych na utrzymanie zabytków – tych 5% (resztę wywieziono! – dane UNESCO), które pozostało na kontynencie. 

Dokumenty archeologiczne są informacją historyczną. Gdy słuchamy przekazów telewizyjnych, rzeczywiście, podobnie jak wspomnianemu dziennikarzowi, przechodzi nam przez myśl, że to dobrze, że większość z nich jest w europejskich muzeach. O tych, które nie są, marzymy, aby były. Jednak, kiedy kraj wraca do stabilizacji, dzieła powinny do niego wrócić. Podobnie jak było z „Guernicą” Picasso, która z Nowego Jorku wróciła do Madrytu dopiero w 1981 roku. Do Polski w 2011 roku powrócił zrabowany z Muzeum Narodowego w Warszawie obraz Aleksandra Gireymskiego „Żydówka z pomarańczami”. Jednak niektórzy archeologowie, profesorowie i muzealnicy przestrzegają, że polityka zwracania wszystkich dzieł sztuki mogłaby stać się finalnie niebezpieczna. 

Co więc robić? Nie powtarzać błędów przeszłości i nie dopuścić do grabienia krajów z ich historii i kultury. Pomagać – tak. Dokładać cierpień – nigdy. Dlaczego monetyzujemy każdą rzecz? Czy wszystko musi być biznesem? Czymże w końcu bylibyśmy beż tożsamości kulturowej?

*fot. główne: muzeum Pergamon w Berlinie, fot. mat. promo.

Udostępnij