PIERWSZA OKŁADKA JAZZOWA I TO, CO BYŁO PÓŹNIEJ

Płytę dobrze poczuć. Szczególnie tę jazzową. Choć dziś nośniki zostały wyparte przez mp3 i serwisy streamingowe, nic nie dorówna trzaskom na starej, dobrej płycie analogowej. A równie ważna jak zawartość jest… okładka.

 

Alex Steinweiss miał niewiele ponad 20 lat, gdy znalazł pracę w Columbia Records. Był 1939 rok. Płyty muzyczne nie były wtedy jeszcze na tyle pojemne, aby zachować więcej niż kilka minut nagrań. Chowano je w papierowych torbach. Nadeszła dekada lat 40. Nie było sklepów muzycznych, tylko z płytami. Te kupowało się tam, gdzie sprzęt AGD i gramofony. Ich opakowania nie różniły się od siebie, wszystkie wyglądały podobnie, z nazwiskami artystów lub tytułami wypisanymi złotym fontem na jednobarwnym opakowaniu. Steinweiss mówił na nie „płyty nagrobne”. Ciężko się z nim dziś nie zgodzić. Jednak nikt jeszcze nie przypuszczał, że ten sam Steinweiss doprowadzi do pewnej rewolucji w przemyśle muzycznym.

„Smash Song Hits by Rodgers and Hart”, projekt okładki: Alex Steinweiss

„Smash Song Hits by Rodgers and Hart”, projekt okładki: Alex Steinweiss

 

Historia ułożyła się dość niespodziewanie. Przechodząc pewnego razu po Broadway’u, przystanął przed klubem przyglądając się przez dłuższy czas jego zadaszeniu. W końcu zdecydował się zapytać właściciela, czy udostępni mu tę część obiektu na kilka godzin. Po uzyskaniu pozwolenia, zmienił położenie żarówek układając je po kolei, aż zapalone utworzyły nazwę „Smash Song Hits by Rodgers and Hart”. Sfotografował ją, wydrukował, dodał kolor, zrobił kopie. Voila! Oto powstała pierwsza ilustrowana okładka płyty. Niepotrzebny wymysł? Dobra muzyka obroni się sama? 800% wzrost sprzedaży albumów Columbia Records z muzyką klasyczną i jazzową w ciągu kolejnych kilku miesięcy okazał się wystarczającym potwierdzeniem smykałki do interesu Steinweissa. Wówczas dostał świetnie płatny kontrakt na wyłączność, własne biurko, przy którym powstało wiele popularnych dziś jego fotografii, i przy którym siadywał każdego dnia w charakterystycznych okularach bez oprawek.

Kilka lat po II Wojnie Światowej do sklepów trafiła pierwsza płyta winylowa – cieńsza i lżejsza niż poprzednie, a najważniejszą innowacją było to, że pozwalała na nagranie większej ilości utworów. Czas odsłuchu zwiększył się z kilku do kilkudziesięciu minut. Płyty te były także większe i łatwo się rysowały – wymagały więc zastosowania nowego typu opakowań. Nikt inny jak Steinweiss wpadł na pomysł schowania winylu w kartonowe opakowanie. I to on wymyślił termin „long play” – LP. I to jemu przypadł zaszczyt zaprojektowania okładki pierwszej płyty Sinatry pt. „The Voice of Frank Sinatra”. Ideał! Nie do końca – album z 1946 roku okazał się… klapą! Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że Sinatra już za chwilę stanie się jednym z najważniejszych artystów w historii muzyki popularnej.

Alex Steinweiss, mat. promo.

Alex Steinweiss, mat. promo.

 

Nie spędził jednak Steinweiss całego życia w Columbii, chciał się rozwijać, w Londynie projektował plakaty filmowe, etykiety na wina. Postanowił rozstać się z Columbią, ale nie zostawił szefów na lodzie. Od kilku lat bowiem pracował w dziale projektów razem z Jimem Florą. Flora pojawił się w Columbia Records zaledwie trzy lata po Steinweissie. Wtedy zakończył publikację niezależnej gazety wydawanej z przyjacielem – „Little Man Press”. Podobnie jak Steinweiss uwielbiał kubizm, ale mimo wspólnych zainteresować mieli kompletnie różne charaktery. Flora to szaleństwo, temperament, zerwanie z klasyką. Był przy tym szalenie charakterystyczny. Lubiany i zabawny. Projektował okładki Benny’ego Goodmana, czy Gene’a Krupy. Jako prawdziwy artysta buntował się, gdy informowano go o deadline’ach, wewnętrznych konferencjach, określonych godzinach pracy. Wolał pracować po swojemu. Zostawił więc Columbię, przerzucił się na „freelance” i wyjechał do Meksyku. Po powrocie do Stanów zrobił rewelacyjną, legendarną już okładkę płyty Lorda Buckley’a „Mambo for cats”. Jego ilustracje można było zobaczyć nie tylko na okładkach płyt, ale także w książkach dla dzieci, a nawet w magazynie „LIFE”. Był aktywny zawodowo aż do śmierci, która nadeszła w 1994 roku.

"Mambo for cats", projekt okładki Jim Flora

„Mambo for cats”, projekt okładki Jim Flora

 

Steinweiss i Flora robili świetne projekty, ale pod koniec lat 50. coraz częściej zwracano się w stronę fotografii. Aparaty fotograficzne potaniały, Amerykanie zaczęli kupować je na własny użytek coraz częściej. Odbitki się spopularyzowały, były coraz tańsze. Muzycy zapragnęli oglądać swoje twarze na okładkach płyt, wytwórnie coraz rzadziej zwracały się do ilustratorów. Nagle na płytach zaczęli pojawiać się pianiści, śpiewacy, były też nuty i określony font. Swoją świetność przeżywał bebop, charakteryzujący się dużą swobodą interpretacyjną z Charliem Parkerem i Theloniousem Monkiem na czele. Z nim pojawiła się legendarna wytwórnia Blue Note. Albumy, które wydawała miały swój specyficzny design – ponad 500 z nich wyszło spod ręki jednego artysty. Reid Miles – tak się nazywał, był pracownikiem „Esquire”, gdy otrzymał telefon od Wolffa, współzałożyciela Blue Note’u. Zaproszono go do pracy, a Miles długo się nie zastanawiał. Jednak budżety – co tu dużo mówić – były mocno okrojone, co implikowało wykorzystanie wyłącznie dwóch kolorów. Za projekt płacili 50 dolarów. Projektant wymyślił więc, że będzie pracował zawsze na tym, co jest dostępne, a więc zdjęciach autorstwa Wolffa, które wykonywał na próbach muzyków, a także własną typografię. Okładki, które stworzył były świetne, świeże, nowoczesne, inteligentne. Nikt wcześniej nie robił tego, co on. Potrafił przycinać zdjęcia tak, aby wyglądały jak część typografii. Tak tworzył kolejne okładki, a dokładnie kilka ich setek. Przy tym nigdy nie był na koncercie jazzowym. Jazz go nudził.

Gdy wytwórnię zamknięto, Miles zwrócił się w stronę fotografii. Przyszły lata 70. I era rocka…

Projekt okładki Reid Miles

Projekt okładki Reid Miles

 

projekt okładki reid miles

projekt okładki reid miles

Udostępnij