ULRICH SEIDL: GDY ZA STRZELBY CHWYTAJĄ TURYŚCI

Afryka spływa krwią. Niestety nie po raz pierwszy. I nie po raz ostatni. Jednak trudno byłoby przypuszczać komukolwiek, że na taką skalę zjawisko to będzie miało miejsce w XXI wieku. Gdy za strzelby chwytają turyści.

 

Dziwny twór z tego turysty. Z każdej strony. Czasami wydaje się zabawny, innym razem pogubiony. Może być również bezwzględny. Turysta jest tematem, za który austriacki reżyser Ulrich Seidl zabiera się wyjątkowo chętnie. Jego sylwetkę pokazywał już m.in. w głośnym „Raj: Miłość”, którego akcja rozgrywa się w Kenii. W tym roku, wraca do Afryki, tym razem do Republiki Namibii w południowo-zachodniej części kontynentu, a jego przejmujący obraz pokazano na Festiwalu w Wenecji.

Jest brutalnie. Kamera Seidla towarzyszy turystom-myśliwym przed wydarzeniem, kiedy opowiadają o swojej pasji, o zwierzętach, które marzą zastrzelić, o marzeniach w ogóle, tych ściekających krwią, i tych mniej krwawych. Potem Seidl uczestniczy już w samym polowaniu, ale też w oprawianiu, choćby zdejmowaniu skóry z zebry, co można zobaczyć już w trailerze. Sama zapowiedź filmu przyprawia o dreszcze. Jest cicha. Przerywa ją tylko huk karabinu i zdarta ze zwierzęcia skóra ciągnięta po podłodze. Jest zimna, co jeszcze bardziej wywołuje u widza niechęć do bohaterów dokumentu. Więcej, wywołuje gniew i niemoc.

Przemysł turystyki myśliwskiej na kontynencie afrykańskim jest tak samo popularny, jak turystyki kłusowniczej. Takimi obrazami co chwilę karmią nas media, choć nawet oczy świata i wszelkie organizacje zwrócone na Afrykę (w głównej mierze dotyczy to RPA) nie są w stanie przerwać tego procederu. Turyści-kłusownicy, którzy płacąc tysiące dolarów domagają się często naganiania przed lufy ich strzelb zagrożonych gatunków zwierząt, tych pod ochroną parków narodowych, albo tych, na których strzec ma okres ochronny, dumnie pozują do zdjęć ze swoimi jeszcze ciepłymi trofeami. W ubiegłym roku najważniejsze światowe tytuły dzienników zrobiły szum wokół wydarzenia nagłośnionego przez fundację Wild Heart Wildlife, która opisała kilkusetmetrowe korytarze otoczone ścianami z drutów kolczastych, z wysokimi platformami strzelniczymi i kilkudziesięcioma naganiaczami, którzy zapędzili w to miejsce setki zwierząt. Te nie miały szans na ucieczkę, a celowali w nie nie tylko mężczyźni, ale również kobiety i nastolatkowie. Większość z nich pochodziła z Europy. Ale Afrykę odwiedzają także Amerykanie. Gdy dentysta Walt Palmer zabił symbol Zimbabwe, lwa Cecila z Parku Narodowego Hwange, pozwalał mu się wykrwawiać przez 40 godzin śledząc go, żeby po prawie dwóch dobach go dobić i odciąć mu głowę, po powrocie do Stanów Zjednoczonych został niemal zlinczowany przez społeczność w mieście, w którym mieszkał. Musiały reagować służby, a sam stomatolog wydał lakoniczne oświadczenie: „Żałuję, że moja aktywność sportowa, którą uprawiam odpowiedzialnie i legalnie, w tym przypadku doprowadziła do śmierci tego lwa. Polegałem na profesjonalizmie lokalnych przewodników, którzy mieli zapewnić, że polowanie było legalne”. Wielka krytyka spadła też kilka lat temu na Króla Hiszpanii, Juana Carlosa I, który zastrzelił słonia w Botswanie. I pewnie udałoby się to ukryć (nie był to pierwszy raz), gdyby podczas tej wyprawy król nie złamał biodra, czym zainteresowała się od razu hiszpańska, a potem międzynarodowa prasa. Skandal był o tyle większy, że Król przez lata był honorowym członkiem WWF.

mat. promo.

mat. promo.

 

I podczas, gdy same te doniesienia jeżą włos na głowie, u Seidla można wszystko zobaczyć na własne oczy. Całą tę przerażającą paradę uzupełniają teatralne gesty i rytualne zachowania wszystkich uprawiających turystykę myśliwską. Seidl skupia się znów na Austriakach, ci początkujący uczą się jak szukać zwierzyny, jak do niej strzelać, a potem podchodzić, ostrożnie, bo być może jest jeszcze żywa i należy ją dobić. Wszyscy są pełni entuzjazmu. Wprost do kamery mówią, że uwielbiają polowanie. Potem zaczyna się spektakl: padają kolejne zwierzęta. Dziennikarze oglądający dokument w Wenecji wspominali, że to najtrudniejszy moment: obserwować jak padają zebry czy żyrafy, które za chwilę mają stać się trofeum wiszącym na ścianie, lub leżącym na podłodze, po którym można deptać ile wlezie. Proces preparacji jest równie okrutny. Oskórowanie, wypychanie, litry krwi, szklane, puste oczy. To wszystko robi się w rzeźni, w której pracują miejscowi. Jeśli istnieje piekło na ziemi, to wygląda m.in. tak. Co ciekawe, tej nieprzyjemności nie doświadczają turyści, którzy przed chwilą upolowali zwierzynę.

„Safari” niekoniecznie jest kampanią przeciwko przemysłowi turystyczno-kłusowniczemu, najczęściej nielegalnemu – jednak może nią być. Z pewnością dokument Seidla po raz kolejny zwróci uwagę na ten palący temat, jednocześnie budując świat przeciwieństw, gorzkiej satyry na codzienność, co jest dla niego zabiegiem charakterystycznym, jeśli stawia się najnowszy dokument na tle dokonań artystycznych z przeszłości.

Jak na razie Afryka płynie i będzie spływać krwią.

mat. promo.

mat. promo.

Udostępnij