ORATORZY: STEVE JOBS

Steve Jobs był wizjonerem i genialnym biznesmenem. Potwierdził to wszystko swoim świetnym wystąpieniem na Uniwersytecie Stanford, z którego należy wyciągnąć lekcję: za sukcesem, ciężką pracą, biznesami, pewnością siebie, geniuszem, zawsze stoi zwyczajny człowiek.

 

Z biografii Steve’a Jobsa, współzałożyciela imperium technologicznego Apple wynika, że nie należał do najprzyjemniejszych osób. Przeciwnie. Był niegrzeczny, złośliwy, pamiętliwy. Ale też pracowity, ambitny, piekielnie inteligentny. Jego zawzięcie i charakter w pewnym momencie doprowadziły do tego, że został wyrzucony z własnej firmy. Jenak wrócił. Choć musiało minąć kilka lat. I to właśnie ten powrót miał się okazać wielką wygraną dla niego i dla Apple.

Jobs był nie tylko geniuszem technologicznym, zwracał przy tym ogromną uwagę na design i interfejs. Do dziś filozofia marki przez niego założonej jest niezmienna. Przy każdej kolejnej premierze iPhone’a lub innych urządzeń, wszyscy wciąż zadają sobie pytanie: czy Jobs zaakceptowałby taki projekt? Co zrobiłby Jobs? Jak by to zrobił? To świadczy o jego wielkości jako przywódcy stojącego na czele jednej z najlepiej rozpoznawalnych i najbogatszych firm świata.

Jobs nie miał łatwej przeszłości. Jako niemowlę został oddany do adopcji. Jako nastolatek był niepokorny. Mimo zainteresowania wieloma rzeczami – z nauką ustawioną w szeregu na samym końcu – jego ojcu udało się wzbudzić w Steve’ie pociąg do elektroniki. Do pracy poszedł po raz pierwszy jako 13-latek. Do Hewlett Packard. Nie było to jednak nic znaczącego, mimo wszystko miało utorować przyszłość młodego Jobsa.

Gdy poznał Steve’a Wozniaka, od początku świetnie się dogadywali. Już niedługo mieli założyć własną firmę w garażu w Kalifornii. Przed tym Jobs rozpoczął studia w Reed College, które szybko przerwał (choć potem uczęszczał na kursy dla wolnych słuchaczy, choćby kaligrafii) – to właśnie o tym wspomniał wiele lat później w przemówieniu na Uniwersytecie Stanford.

Z tej dwójki to Wozniak był znakomitym inżynierem, Jobs miał dar do tego, żeby poruszyć odpowiednie sznurki, aby interes się kręcił. Gdy zaczęli produkować komputery, a w końcu znaleźli poważnego inwestora, firma wystrzeliła – dosłownie. Jobs wymagał niemożliwego od siebie, ale przede wszystkim od pracowników. Miał 25 lat, gdy znalazł się na liście „Forbesa” ze 100 milionami dolarów na koncie.

Około 30-tki został bez pracy, co zmotywowało go do założenia nowej firmy. Następnie, o czym niewielu wie, Jobs stał się właścicielem studia Pixar. Hit „Toy Story” to jego producenckie dzieło.

Po powrocie do Apple, był tak samo wymagający dla współpracowników, jak wcześniej. Duma i ambicja to w jego przypadku ładunek wybuchowy. Jak dowiadujemy się z biografii napisanej przez Waltera Isaacsona, często miażdżył pomysły podwładnych, aby po jakimś czasie ogłaszać je jako swoje.

Więcej, chadzał boso, jadał same warzywa i nie mył się. Co z tego, skoro wymyślał kolejne, genialne rozwiązania? W tym czasie zaczął współpracować coraz ściślej z Jonathanem Ivem, którego podejście do wzornictwa było bardzo podobne do podejścia Jobsa. Wspólnie opracowywali iMaca, iPoda, iPhone’a, iPada. Komputery i sprzęt, które proponował Apple wyróżniały się na tle innych marek. I nadal się wyróżniają. iPhone – dziś jeden z najważniejszych produktów Apple, był wyśmiany przez konkurencję. Tę samą, która kilka miesięcy potem zaczęła intensywnie pracować nad podobnymi rozwiązaniami.

Gdy Jobs zaczął chorować, przekazał stery nad firmą Timowi Cookowi.

Jobs w swoim życiu miał wiele przemówień. Czekano na każde z nich, szczególnie podczas premier sprzętu. Jednak najważniejszym miało się okazać to z Uniwersytetu Stanford. Ono zerwało maskę cyborga, ukazując oblicze prawdziwego, wrażliwego człowieka, którego zżerała ambicja.

Genialny twórca, o którym trzeba pamiętać.

Steve Jobs, Uniwersytet Stanford, 12 czerwca 2005 roku


„Jestem zaszczycony, że mogę być z wami podczas uroczystości ukończenia jednego z najlepszych uniwersytetów na świecie.

Prawda jest taka, że nigdy nie ukończyłem studiów. Nigdy wcześniej nie byłem tak blisko ukończenia uczelni jak podczas dzisiejszej gali. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć wam trzy historie z mojego życia, to wszystko. Nic wielkiego, to tylko trzy historie.

Pierwsza historia jest o łączeniu punktów.

Zrezygnowałem z nauki w Reed College po pierwszych sześciu miesiącach, jednak pozostałem na uczelni przez następne osiemnaście miesięcy, i dopiero wtedy ostatecznie zrezygnowałem. Dlaczego zrezygnowałem? Ta historia zaczęła się zanim się urodziłem. Moja biologiczna matka była młodą, niezamężną studentką, która zdecydowała się oddać mnie do adopcji. Chciała, żebym był adoptowany przez absolwentów wyższej uczelni. Wszystko było ustalone, abym został adoptowany przez pewnego prawnika i jego żonę. Jednak tuż po moim urodzeniu postanowili, że jednak wolą adoptować dziewczynkę. Moi rodzice, którzy byli na liście oczekujących, dostali w środku nocy telefon z pytaniem „mamy nieoczekiwanego chłopca, czy go chcecie?”. Chcieli, odpowiedzieli „oczywiście”. Moja biologiczna matka zorientowała się, że mama nigdy nie skończyła studiów, a ojciec nigdy nie skończył szkoły średniej. Odmówiła podpisania ostatecznych dokumentów adopcyjnych. Ustąpiła dopiero kilka miesięcy później, gdy moi rodzice przyrzekli jej, że pewnego dnia wyślą mnie na studia. Tak też się stało. Siedemnaście lat później poszedłem na wyższą uczelnię. Jednak naiwnie wybrałem szkołę, która była prawie tak droga jak Stanford i wszystkie oszczędności moich rodziców szły na finansowanie mojej edukacji. Po sześciu miesiącach nie mogłem dostrzec żadnych efektów i nie miałem pojęcia co chciałem robić w życiu, ani jak studia mogłyby mi w tym pomóc. Marnotrawiłem pieniądze, które moi rodzice oszczędzali przez całe życie. Dlatego zdecydowałem się zrezygnować, wierząc, że wszystko się jakoś ułoży. Był to trudny czas, ale patrząc z perspektywy, była to jedna z najlepszych decyzji jaką kiedykolwiek podjąłem. W momencie, w którym zrezygnowałem, mogłem przestać chodzić na obowiązkowe zajęcia, które mnie nie interesowały i zapisać się na te, które zapowiadały się ciekawie. Ale tak jak powiedziałem, nie były to łatwe czasy. Nie maiłem pokoju w akademiku, wiec spałem na podłodze w pokoju znajomych. Zwracałem butelki po Coca-Coli za 5 centów kaucji, żeby kupić jedzenie. W każdą niedzielę chodziłem siedem mil na drugą stronę miasta, aby zjeść przyzwoity posiłek w świątyni Hare Krishna – uwielbiałem to. Wiele rzeczy, do których wtedy doszedłem przez ciekawość czy intuicję, okazały się bezcennymi doświadczeniami w późniejszym okresie. Pozwólcie, że dam wam przykład. Reed College oferował chyba najlepszy w tamtym czasie w kraju kurs kaligrafii. W całym kampusie, każdy plakat, każda etykieta na szafie były pięknie ręcznie kaligrafowane. Ponieważ nie musiałem uczęszczać na obowiązkowe zajęcia, postanowiłem zapisać się na kaligrafię, aby nauczyć się, jak to się robi. Dowiedziałem się tam o czcionkach szeryfowych i bezszeryfowych, o zmiennych odstępach pomiędzy kombinacjami różnych liter, oraz o tym co cechuje doskonałą typografię. Było to piękne, historyczne oraz subtelne w sposób, w jaki nauka nie potrafi tego uchwycić. I to mnie zafascynowało. W żaden sposób nie liczyłem, aby którakolwiek z tych rzeczy znalazła kiedyś praktyczne zastosowanie w moim życiu. Jednak dziesięć lat później, gdy projektowaliśmy pierwszy komputer Macintosh, wszystko to do mnie powróciło. Zastosowaliśmy wszystkie te zasady w Macu – to był pierwszy komputer z piękną typografią. Gdybym nie zapisał się na ten kurs podczas studiów, Mac nie miałby wielu wzorów czcionek, czy też proporcjonalnie rozmieszczonych znaków. A ponieważ Windows tylko kopiował Maca, prawdopodobnie żaden komputer osobisty by ich nie miał. Gdybym nie zrezygnował ze studiów, nie zapisałbym się na zajęcia z kaligrafii, to komputery osobiste mogły by nie mieć pięknej typografii, którą posiadają. Oczywiście niemożliwe było połączenie tych zdarzeń patrząc w przyszłość, w czasie gdy byłem na uczelni. Ale było to bardzo, bardzo wyraźnie widoczne, patrząc z perspektywy 10 lat wstecz. Powiem jeszcze raz – nie można łączyć punktów patrząc w przyszłość, można je jedynie połączyć patrząc wstecz. Trzeba więc ufać, że w jakiś sposób punkty połączą się w przyszłości. Musicie w coś wierzyć: boga, przeznaczenie, życie, karmę, cokolwiek. Ponieważ wiara, że punkty w przyszłości się połączą, da wam pewność, żeby postępować zgodnie z głosem serca, nawet jeśli zawiedzie was poza wyznaczone szlaki.

Moja druga historia jest o miłości i stracie.

Miałem szczęście, że wcześnie odkryłem, co chciałbym robić w życiu. Woz (Steve Wozniak) i ja założyliśmy Apple w garażu moich rodziców, gdy miałem 20 lat. Pracowaliśmy bardzo ciężko. W ciągu dziesięciu lat Apple rozrosło się – od naszej dwójki pracującej w garażu – do dwu miliardowej firmy zatrudniającej ponad cztery tysiące pracowników. Rok wcześniej wypuściliśmy nasze najlepsze dzieło – Macintosha, a ja dopiero dobiegałem trzydziestki. I wtedy zostałem zwolniony. Jak możesz być zwolniony z firmy, którą stworzyłeś? Cóż, w miarę jak Apple rosło, zatrudniłem kogoś, o którym myślałem, że jest bardzo utalentowany do prowadzenia wraz ze mną firmy. Przez pierwszy rok, może trochę dłużej sprawy miały się dobrze. Jednak później nasze wizje przyszłości zaczęły się różnić, aż ostatecznie się rozeszły. Kiedy tak się stało, zarząd firmy opowiedział się po jego stronie. Tak więc, w wieku trzydziestu lat zostałem wyrzucony. Publicznie również przestałem się liczyć. Straciłem to, nad czym skupiałem się przez całe dorosłe życie. To było niszczące przeżycie. Przez kilka miesięcy nie wiedziałem co robić. Czułem, że zawiodłem poprzednią generację przedsiębiorców, że upuściłem pałeczkę w sztafecie, która została mi przekazana. Spotkałem się z Davidem Packardem oraz Bobem Noyce i próbowałem przeprosić za to jak mocno schrzaniłem sprawę. Odniosłem publiczną porażkę i rozważałem nawet, czy nie uciec z Doliny Krzemowej. Jednak powoli coś zaczęło mi świtać w głowie, dalej kochałem to, co wcześniej robiłem. Obrót spraw z Apple nie zmienił tego ani trochę. Zostałem odrzucony, a jednak ciągle kochałem. Postanowiłem zacząć wszystko od początku. Nie widziałem tego wtedy, ale okazało się, że wyrzucenie mnie z Apple było najlepszą rzeczą jaka mogła mnie spotkać w życiu. Ciężar sukcesów został zastąpiony przez lekkość bycia jeszcze raz początkującym, mniej pewnym wszystkiego. To pozwoliło mi rozpocząć jeden z najbardziej twórczych okresów w moim życiu. W ciągu następnych pięciu lat stworzyłem nową firmę NeXT, kolejną nazwaną Pixar, oraz zakochałem się we wspaniałej kobiecie, która została moją żoną. Pixar wsławił się utworzeniem pierwszego w pełni animowanego komputerowo filmu fabularnego – „Toy Story” – i jest obecnie jednym z najlepszych na świecie animowanych studiów filmowych. W związku z nadzwyczajnym obrotem spraw Apple zakupiło NeXT i powróciłem do mojej firmy, a technologie, które stworzyliśmy w NeXT są motorem napędowym obecnego renesansu Apple. A Laurene i ja mamy wspaniałą rodzinę.

Jestem przekonany, że żadna z tych rzeczy nie wydarzyłaby się gdybym nie został wyrzucony z Apple. To było trudne do przełknięcia lekarstwo, ale chyba pacjent go potrzebował. Czasami życie uderzy Cię cegłą w głowę. Nie trać wtedy wiary. Jestem przekonany, że jedyną rzeczą, która dawała mi siłę by iść ciągle naprzód było to, że kocham to, co robię. Musisz znaleźć to co kochasz robić, jest to tak samo prawdziwe stwierdzenie w pracy, jak i w stosunku do ukochanych osób. Praca wypełni ci dużą część życia. Jedynym sposobem na prawdziwą satysfakcję z pracy jest robienie tego, w czego wielkość się wierzy. A jedynym sposobem na robienie rzeczy wielkich jest miłość do tego, co się robi. Jeżeli jeszcze tego nie znalazłeś, szukaj dalej. Nie poddawaj się. Jak ze wszystkimi sprawami serca, będziesz wiedział, kiedy to odnajdziesz. Tak jak również z każdym dobrym związkiem – będzie ci coraz lepiej, w miarę upływu lat. Zatem szukaj, dopóki tego nie znajdziesz. Nie poddawaj się.

Moja trzecia historia jest o śmierci.

Gdy miałem 17 lat przeczytałem cytat, który brzmiał następująco: „Jeżeli każdego dnia będziesz sobie mówił – żyj tak, jak gdyby to miał być twój ostatni dzień, pewnego dnia z całą pewnością będziesz miał rację”. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Od tamtej pory, przez ostatnie 33 lata, patrzę w lustro każdego ranka i zadaję sobie pytanie: „Jeśli dzisiaj miałby być ostatni dzień mojego życia, to chciałbym robić to co zamierzam dziś robić?”. Jeżeli przez wiele dni z rzędu odpowiedź brzmiała nie, wiedziałem że muszę coś zmienić. Pamięć o tym, że wkrótce mogę już nie żyć miała ogromny wpływ na podejmowanie wielkich wyborów w moim życiu. Wszystkie oczekiwania, cała duma, strach przed porażką lub zażenowaniem nikną w obliczu śmierci. Pamięć o tym, że umrzesz jest najlepszym sposobem, aby uniknąć pułapki myślenia, że masz coś do stracenia. Jesteś już całkowicie obnażony. Nie ma żadnego powodu, abyś nie podążał za głosem serca.

Jakiś rok temu zdiagnozowano u mnie raka trzustki. O 7.30 rano miałem badanie, które wyraźnie pokazało nowotwór na mojej trzustce. Do tego czasu nawet nie wiedziałem co to jest trzustka. Lekarze stwierdzili, że prawie na pewno jest to nieuleczalny typ nowotworu i nie powinienem oczekiwać żyć dłużej niż 3-6 miesięcy. Mój doktor doradził mi, żebym wrócił do domu i uporządkował sprawy. W języku lekarzy oznacza to, żeby przygotować się na śmierć. To oznacza, że musisz podjąć próbę przekazania dzieciom, wszystkiego tego, co zamierzałeś powiedzieć przez kolejne dziesięć lat – masz na to zaledwie kilka miesięcy. To oznacza, że musisz upewnić się, że wszystko tak przygotowałeś, żeby zbliżający się okres był możliwie najłatwiejszy dla twojej rodziny. To oznacza, że musisz się pożegnać. Żyłem z tą diagnozą cały dzień. Wieczorem miałem biopsję. Byłem pod narkozą, kiedy włożyli mi endoskop przez gardło, żołądek, jelita i wbili igłę w trzustkę, żeby pobrać kilkanaście komórek nowotworowych. Później moja żona, która była ze mną podczas zabiegu, powiedziała, że gdy lekarze oglądali komórki pod mikroskopem, popłynęły im łzy. Okazało się, że miałem bardzo rzadką odmianę raka trzustki, która jest uleczalna operacyjnie. Poddałem się operacji, i na szczęście dziś jestem zdrowy.

To było moje najbliższe spotkanie ze śmiercią, i mam nadzieję, że przez najbliższych kilka dekad, nie będę miał bliższego. Przeżywszy to doświadczenie mogę wam powiedzieć, teraz z trochę większą pewnością, że śmierć jest przydatną, lecz czysto intelektualną koncepcją. Nikt nie chce umierać. Nawet ludzie, którzy chcą iść do nieba, nie chcą umierać by się tam znaleźć. Śmierć jest doświadczeniem, które wszyscy dzielimy. Jeszcze nikomu nie udało się jej wymknąć. Tak jest i tak powinno być, ponieważ śmierć jest prawdopodobnie najważniejszym wynalazkiem życia. Jest łącznikiem wymiany życia – usuwa stare, by utorować drogę nowemu. Teraz nowe to wy, ale pewnego dnia – w nie tak znowu dalekiej przyszłości – stopniowo sami staniecie się starym, zastępowanym przez nowe. Przepraszam, że przedstawiam to w tak dramatyczny sposób, ale taka jest prawda. Wasz czas jest ograniczony. Dlatego nigdy nie żyjcie życiem innych ludzi. Nie dajcie się złapać w pułapkę, którą jest życie według reguł wymyślonych przez innych ludzi. Nie pozwólcie, by otaczające głosy opinii zagłuszyły wasz wewnętrzny głos. Najważniejsze, żebyście mieli odwagę podążać za głosem waszego serca i intuicji. One w jakiś sposób wiedzą kim naprawdę chcecie być. Wszystko inne jest mniej istotne.

Kiedy byłem młody istniała wyjątkowa publikacja, „The Whole Earth Catalog”, jedna z biblii mojej generacji. Została stworzona przez autora o nazwisku Stewart Brand, niedaleko stąd, w Menlo Park. Została jakby tchnięta do życia przez jego poetycki dotyk. To było pod koniec lat sześćdziesiątych, przed erą komputerów osobistych, edytorów tekstowych i graficznych. To dzieło było stworzone na maszynie do pisania, przy użyciu nożyczek i aparatu Polaroida. To było coś jak Google, tyle że w formie papierowej i na 35 lat przed pojawieniem się Google. To było idealistyczne, przepełnione przydatnymi narzędziami i wielkimi myślami. Stewart oraz jego zespół wydali kilka części „The Whole Earth Catalog”, aż wreszcie ukazało się ostatnie wydanie. To była połowa lat siedemdziesiątych, a ja byłem w waszym wieku. Na tylnej okładce ostatniego numeru zamieszczono zdjęcie pustej drogi o poranku, takiej, na jakiej możecie się znaleźć podróżując autostopem, jeżeli jesteście wystarczająco żądni przygód. Poniżej znajdowały się słowa: „Pozostań nienasycony, pozostań nierozsądny”. To było przesłanie autora: „Pozostań nienasycony, pozostań nierozsądny” – zawsze sobie tego życzył. Teraz, gdy kończycie studia i rozpoczynacie nowe życie, życzę wam tego samego. Dziękuję bardzo”.

tłumaczenie przemowy: przemówienia.com

Udostępnij