RZECZY OSOBISTE: MARY KOMASA

W jubileuszowym 16 numerze MONITORA artystka muzyk, mieszkająca na co dzień w Berlinie opowiada o sobie i pokazuje rzeczy, bez których nigdzie się nie rusza – te najbardziej osobiste. Mary Komasa prywatnie tylko w MONITOR MAGAZINE.

 

Co ma w sobie Berlin, czego nie ma Warszawa? Właśnie przyjechałaś, dziś wieczorem koncertujesz i znów wracasz do Berlina – do domu.

Berlin nie udaje miasta, którym nie jest. O Warszawie słyszę ciągle, że jest „prawie jak…”. Mnie to denerwuje, bo uważam, że Warszawa powinna zaakceptować siebie taką, jaka jest i zacząć siebie lubić. Ja lubię Warszawę i pogodziłam się z tym, że nie jest Nowy Jorkiem, Paryżem. Berlin nie pudruje sobie nosa – jest twardy, ostry, brzydki, kanciasty i przez to inspirujący. Musisz mieć twardy tyłek, żeby tam mieszkać i polubić to miasto. Zajęło mi to sporo czasu. Przeprowadziłam się tam z pięknego Paryża. Pierwsze dwa, trzy lata starałam się to miasto oswajać i nie mogłam zrozumieć, czemu nie chce być bardziej przyjazne. W końcu zrozumiałam, że ono nigdy takie nie będzie i trzeba nauczyć się w nim żyć. Ja się bardzo starałam o Berlin. Mieszkam tam już osiem lat i jest to wyjątkowe miejsce. Dla mnie na teraz najlepsze. Lubię tam być. Kontakty międzyludzkie są tam inne niż gdziekolwiek na świecie, ludzie spuszczają zasłonę i nie dopuszczają do siebie nikogo. Ale kiedy już to zrobią, możesz na nich liczyć w każdej sytuacji.

Jesteś obywatelką świata, odwiedzałaś wiele miejsc, w wielu mieszkałaś. Przed Berlinem trafiłaś do Paryża. Jak?

Przypadkiem. Nigdy nie planuję takich rzeczy. Uciekłam z Łodzi, gdzie studiowałam klawesyn. Uznałam, że to nie dla mnie, choć miałam fantastyczną profesorkę, a wszystko rozwijało się w bardzo dobrym kierunku. Wyjechałam, bo zawsze chciałam łamać konwenanse, czułam, że muszę zrzucić gorset. A klawesyn? Ściślejszego gorsetu niż ten nie można na siebie nałożyć. Wtedy marzyłam o pracy w modzie, byłam młoda i zaczęło mnie to kręcić. Spróbowałam. Pojechałam w ciemno. Widocznie potrzebne było mi to ryzyko.

Pojechałaś tam sama?

Sama. I zamiast wybrać kraj, w którym mówi się po angielsku, wybrałam Paryż, zupełnie abstrakcyjnie, ale szybko poznałam tam ludzi, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj, to mój drugi dom zaraz po Berlinie. Nigdy nie odcięłam się od tego miasta, lubię je. Nie wiem, dlaczego tam trafiłam, może to kwestia tego, że mój ojciec wcześniej reżyserował w Paryżu? Niedawno spędziłam z nim kilka dni w Zakopanem, gadaliśmy o Witkacym, Szymanowskim – wszyscy oni otaczali się Paryżem. Ciągnie nas – Polaków – do Paryża. Kiedy tam przyjeżdżam, zawsze zaczynam pisać smutne piosenki.

A czy to prawda, że lubisz Spice Girls i Backstreet Boys? Gdzie się podziały ich płyty wśród twoich ulubionych przedmiotów, które nam pokazujesz?

Są w moim iPhonie. (śmiech)

Chyba jeszcze żaden artysta, z którym rozmawiałam, do tego się nie przyznał.

Ale dlaczego? Tego się nie oszuka. Mój rocznik (1985 – przyp. red.) przez to przeszedł. To mieszało się z Kalibrem 44, którego słuchał mój starszy brat. Ja lubiłam jeszcze TLC, Destiny’s Child, ‚N Sync czy Britney… Wychowałam się na tym. Jesteśmy pokoleniem Coco Jumbo – nie da się tego ukryć.

Skoro więc twoja ulubiona muzyka jest w iPhonie, porozmawiajmy o rzeczach, bez których nie możesz się obejść. 

Przede wszystkim rozświetlacz pod oczy – mam go zawsze ze sobą, bo nigdy nie wiem, co się wydarzy – tym bardziej, że dużo podróżuję i czasami zapominam o make-upie.

Notes.

To święty notes, moja biblia. Kiedy go zapominam, wpadam w szał. Podobnie jak wtedy, gdy nie mam w pobliżu telefonu – w notesie i telefonie zapisane są moje piosenki. Notes ma teksty, ustawienia techniczne do koncertów, jest dla mnie bardzo ważny.

Cały wywiad zilustrowany fotografiami rzeczy osobistych Mary Komasy przeczytacie w 16 numerze MONITOR MAGAZINE

MONITOR MAGAZINE – KUP TERAZ
fot. Katarzyna Ładczuk

fot. Katarzyna Ładczuk

Udostępnij