LITERATURA PIĘKNOŚCI SZKODZI?

Dlaczego książki Karla Ove Knausgårda stały się bestsellerami? Bo są uniwersalne. Gdy to, co do tej pory znajdowało się za zamkniętymi drzwiami, przenika do tej strefy, którą każdy z nas potrafi zrozumieć rodzi się sukces. Ale co ma z tym wszystkim wspólnego piękno?

 

„Młoda, ciemnoskóra, błyskotliwa i atrakcyjna pisarka” – opisuje Zadie Smith na łamach „Gazety Wyborczej” Jerzy Jarniewicz. Niby nic złego, bo i ciężko się z tym nie zgodzić. Jednak o piękności wspomina się zbyt często w stosunku do kobiet pisarek. Dziennikarze jednej z włoskich gazet nazwali Brytyjkę zbyt ładną, żeby mogła być dobrą autorką. Smith odpowiedziała w wywiadzie w audycji Desert Island Discs w BBC Radio 4, że „jest to podejście totalnie mizoginiczne, choć też fascynujące. Okazuje się, że jeśli jesteś ładna nie musisz być inteligentna”. Smith ostro potraktowała media, nazywając je śmiesznymi i żenującymi. Okazuje się zatem, że jeśli jest się pisarką, powłoka zewnętrzna wciąż ma wielkie znaczenie.

O Alice Munro, laureatce nagrody Nobla „Vancouver Sun” w początkach jej kariery pisał: „pani domu znalazła czas, aby pisać krótkie historie”, przypominała z niechęcią Andrea Walker z „The New Yorkera”, jednocześnie opisując w co ubrana była Kanadyjka podczas spotkania z jedną z dziennikarek. W wywiadzie przeprowadzonym z Camillą Läckberg dla „Wysokich obcasów” z 2012 roku, Magdalena Grzebałkowska (świetna pisarka zresztą) pyta Szwedkę o to, czy jest celebrytką i o ewentualny romans z tancerzem z „Tańca z gwiazdami”, bo w końcu Läckberg jest atrakcyjna. Cały wywiad utrzymany jest w atmosferze przekąsu, widać, że panie dobrze się bawią, a jednak… Susie Mesure z „The Independent” pisze o Läckberg: „jest piękna jak pin-up girl, z wielkimi oczami i pociągniętymi mascarą rzęsami oraz długimi, spływającymi na plecy włosami”. Czy kobiety czują się bardziej uprzywilejowane do mówienia o sobie w taki sposób? W stosunku do Katarzyny Bondy używa się podobnych przymiotników: ładna, bogata. Joannę Bator w programie TVP Kultura „Hala Odlotów” wypytywano o sukienkę bez ramion, którą wybrała na galę wręczenia nagród Nike – wówczas tę nagrodę otrzymała.

Zadie Smith, fot. Wydawnictwo Znak

Zadie Smith, fot. Wydawnictwo Znak

 

To pisarki. A pisarze? Karl Ove Knausgård jest przystojnym Wikingiem z północy (mimo wszystko jakoś tak niewygodnie o tym pisać). I napisał cykl powieści biograficznych, które zwaliły z nóg nie tylko czytelników, ale też krytyków. Męskość kipi ze stron „Mojej walki”. Ale nie tylko mężczyźni mogą ją zrozumieć. A to dlatego, że z łatwością wśliznęła się do strefy uniwersalnej. Czy ktoś kiedykolwiek napisał, że Knausgård eksploruje męską wrażliwość w swojej powieści? Nigdy. A zdarza się to nadzwyczaj często pisarkom. Mówi się często o „kobiecej literaturze”, stawianej automatycznie na niższym poziomie od „męskiej”. Ale czy w ogóle jest takie rozróżnienie? Kobiety w literaturze to nadal sagi i romanse. Gorsze, płytsze, banalne. Elementy kulturowe oparte o męskość nigdy nie staną się „literaturą męską”, przeciwnie, będą zapędzone w szeroki kąt uniwersalizmu. Sylwia Chutnik powiedziała pewnego razu, że „kiedyś zwykło się mówić, że literatura tworzona przez kobiety dzieli się na tę kobiecą, czyli tak zwaną chic lit i tą „dla kobiet”, gdzie jako autorki wymieniano Magdalenę Tulli czy Olgę Tokarczuk,. Pierwsza była niepoważna, druga miała literacki ciężar”. Na koniec dodała, że z podziałami jest jak z polityczną dyskusją o parytetach. Okazuje się, że nie tylko w Polsce. Kobieta w literaturze musi mieć swoje miejsce, swoją rolę, przekazać pewną informację, która będzie dla innych drogowskazem.

Oprócz rozróżnień na poziomie semantycznym, jest jeszcze powierzchnia, która równie mocno wpływa na odbiór prozy. Knausgård jest przystojny, z długimi blond (choć już lekko przyprószonymi) włosami, które zalotnie spływają mu na szyję, czasami zasłaniają oczy. Do tego niebieskie oczy. Jednym słowem przystojniak. Oko można nacieszyć. Krytycy literaccy nigdy o tym nie wspominają, bo podobno nie wypada. Ale już w przypadku Smith wypada. Dlaczego więc nikt  nigdy nie wspomina o aparycji Norwega? Nikt nie pisze w leadzie do wywiadów, gdy podczas odpowiadania na kolejne pytania o „Moją walkę” Knausgårdowi włosy wpadają do oczu i jakim seksownym ruchem je odgarnia, aby po chwili powtórzyć całą historię od nowa. Dlaczego nikt nie pisze o tym, jak pachniał? Jaki kolor miał jego sweter? Nikt poważny nie chce sobie pozwolić na takie wtrącenia. A jednak – o kolorze spodni Munro pisze „The New Yorker”. 

Idealny kochanek, pożądany, ostry facet – nikt nie porywa się na takie porównania. Nie trywializuje się ani nie używa patetycznych zwrotów. Tak jak nie używało się ich nigdy w stosunku do Hemingway’a, Brooke’a, Steinbecka, Czechowa, Kerouaca czy Salingera.

Ale już urodę kobiet oceniają dziennikarze i dziennikarki. Nie uważają, że jest to komplement nie na miejscu. Choć mógłby być, kobiety lubią laurki. Ale nie w takiej formie.

I choć do urodziwego Twardocha wzdychają fanki, w poważnych mediach nikt dotąd nie odważył się określić go „przystojniakiem”, chociaż w dość zgrabny sposób w kontekście wydanych dzienników przez wyżej wymienionego i Dehnela, rozprawia się z nimi na łamach „Wyborczej” Dariusz Nowacki. W końcu!

Tematem szowinizmu w świecie literackim zajął się już jakiś czas temu Mariusz Szczygieł w felietonie „Podniecająca twarz Szczepana Twardocha”, na końcu konkludując: Kobiety! Świat od dawna stoi na głowie. Jeśli chcecie, żeby było normalnie, to wy musicie tę głowę chwycić za włosy i odwrócić we właściwym kierunku. Zachowujcie się tak samo jak faceci! Mówicie i piszcie szczerze: „Kiedy patrzy się na zdjęcie Szczepana Twardocha, natychmiast chce się sięgnąć po jego książkę i sprawdzić, czy jest tak podniecająca jak jego twarz”; „Połowa literackiego sukcesu Stasiuka tkwi w jego męskości, która emanuje z każdego ruchu i spojrzenia”; „Słodkie usta Jacka Dehnela mogłyby mi czytać swoją książkę do ucha” i tym podobnie”.

No więc właśnie.

Szczepan Twardoch, fot. vimeo

Szczepan Twardoch, fot. vimeo

Fot. główne: Karl Ove Knausgård

Udostępnij