MAYDAY, CZYLI JAK POKOCHAŁAM LATANIE

Podróż samolotem to idealne ćwiczenie z uświadamiania sobie własnej nieważności. 

 

Cokolwiek byśmy robili, kimkolwiek byśmy byli, w perspektywie świata i własnej śmierci, która niczego w nim nie zmienia , jesteśmy absolutnie, kompletnie nieważni. I nawet to jest nieważne! Świat pędzi w amoku, zmieniają się żółte paski na ekranach telewizorów, przelatują zdjęcia i linki w newsweedzie na Facebooku, wiadomości z ostatniej chwili nazajutrz odchodzą w zapomnienie, a przez niebo nad kolejnymi miastami przelatują kolejne samoloty. Bardzo słusznie uważamy nasze atrakcyjne, wyjątkowe „ja” za najważniejsze na świecie, ale cóż takiego by się stało, gdyby to nasze „ja” zniknęło wraz z samolotem roztrzaskanym o ziemię? Stałoby się wszystko, a zarazem nic by się nie stało. Nasz świat by się skończył, ale świat by się tym nie przejął. Ludzie giną codziennie, co jakiś czas piękny, lśniący samolot zachodnich linii rozpada się z trudnych do ustalenia przyczyn, a cudze życie toczy się dalej.

To jest wszystko oczywiste, wiadome i nie do zniesienia!

I pewnie dlatego ataki paniki podszyte rozpaczą zdarzały mi się w samolotach regularnie. Po prostu ludzkie istnienie wydaje się czasem nie do pojęcia, gdy przez małe okienko widzisz pod sobą makiety domów, powoli sunące pudełka samochodów, drobne zapałki gigantycznych wieżowców. Nagle dostrzegasz całe dzielnice zaprojektowane z wielką starannością i swoje własne nad nimi znikome istnienie. Komputery pokazują wszystkie parametry trasy, a w mózgoczaszce nie mieszczą się myśli, jak to możliwe, że te dwieście ton sunące w powietrzu z prędkością dziewięciuset kilometrów na godzinę, trzynaście kilometrów nad ziemią, w przeciągu godziny usiądzie na pasie lotniska ze spokojną gracją.

Nienawidziłam latać. Moja neurotyczno-fatalistyczna natura wydawała się stworzona do tego, by podczas lotu cierpieć absurdalne męki. A że latam niemal co miesiąc, nazbierało mi się przeżyć. Padaczkowe turbulencje nad Indiami i drżąca jak galareta stewardesa, która nagle porzuca wózek z jedzeniem i znika, a ja się pytam: gdzie są jej szkolenia z kamiennej twarzy?! Albo wycie jednej pani, gdy z okazji orkanu Ksawery samolot nagle zaczyna spadać. Wzywała Boga w trzech różnych językach. Albo gdy trzęsiemy się, skacząc przez chmury burzowe między Serbią i Albanią, a pilot stwierdza, że nienawidzi takiej pogody i chyba nigdy się do niej nie przyzwyczai, ale zrobi, co może, żebyśmy dolecieli.

Cały felieton Małgorzaty Rejmer ukazał się w numerze 16 MONITOR MAGAZINE

Małgorzata Rejmer – zazwyczaj pisarka, często turystka peryferyjna, rzadko reporterka. Nominowana, nagradzana, napisała powieść „Toksymia” i antyprzewodnik po Rumunii „Bukareszt. Kurz i krew”. 

MONITOR MAGAZINE - KUP TERAZ

Udostępnij