FRANK LLOYD WRIGHT WIELKIM ARCHITEKTEM BYŁ

Celebryta architektury. Kojarzy się źle? Niepotrzebnie. Frank Lloyd Wright to legenda. A bohaterem stał się już za życia.

 

Celebryta to słowo, które dziś się już wytarło. W czasach, w których żył i pracował Lloyd Wright jeszcze nie istniało. Musiały minąć kolejne dekady, aby „celebryta” wszedł do powszechnego słownika, również w architekturze. Wystarczy wziąć pod uwagę Zahę Hadid czy Daniela Libeskinda. M.in. ich uznaje się za architektonicznych celebrytów.

Lloyd Wright oprócz niespodziewanej (przez niego) popularności, która nadeszła bardzo szybko, był skromnym mężczyzną, którego siłą  była materializacja marzeń, upór w dążeniu do celu i nieustępliwość. Jego projekty od ponad wieku opierają się tymczasowym modom, za to je inspirują. Znaki szczególne? Relacja z naturą.

Frank Lloyd Wright urodził się w 1867 roku w stanie Wisconsin, chociaż zawsze starał się przekonać wszystkich, że poprawna data narodzin to 1869 rok. Lubił się droczyć, był znanym galantem, szarmanckim amantem. Wisconsin z charakterystycznymi równinami gubiącymi się za horyzontem i nieskończoną zielenią stały się dobrym miejscem do wychowania chłopca, którego natura i wspomnienie lat dziecięcych miały naznaczyć nie tylko na całe życie, ale także skleić w konkretną całość aspekty związane z postrzeganiem sztuki i architektury. Wielokrotnie wspominał w swoich dziennikach, z jaką ochotą wspinał się na drzewa, „wciąż czuł się częścią tego pejzażu, drzew, ptaków, pszczół”.

Swoją karierę Lloyd Wright rozpoczął w 1888 roku, pracując dla Josepha Silsbee. Rok później się ożenił (było to pierwsze z jego trzech małżeństw), znudziło go zbyt klasyczne podejście Silsbee’ego do architektury. Poza tym potrzebował pieniędzy. Musiał utrzymać swoją rodzinę. Rzucił uniwersytet i dołączył do zespołu stażystów w biurze Adler & Sullivan, znanego z budowy drapaczy chmur na terenie Stanów Zjednoczonych. O zarządzającym projektami Louisie Sullivanie do końca swoich dni mówił Lloyd Wright jako o mentorze. I oprócz wewnętrznej fascynacji wszystkim tym, co naturalne, najważniejsze wskazówki pod fundamenty stylu, który wykształcał młody architekt, podsunął właśnie Sullivan. Już wkrótce wszyscy mieli mówić o architekturze organicznej. Pierwszy dom Wrighta odzwierciedlał jego odwagę i geniusz, dzięki eksperymentom z formami, teksturami – był rodzajem szkicu dla jego zawodowej przyszłości.

Architektura organiczna miała zredefiniować XX wiek, a dziś jest równie silna. Lloyd Wright wierzył, że każdy projekt architektoniczny powinien być stworzony w wyjątkowej formie, bez przestrzegania przestarzałych i nudnych protokołów. Od początku jego styl uznawano za rewolucyjny, a jego kolejne projekty zaczęły zaburzać określoną wcześniej panoramę porządku miejskiego. Wtedy jeszcze nadal nie wiedział, jak zmieni postrzeganie całej historii współczesnej architektury. Był 1904 rok. Wright zaprojektował Larkin, pierwszy kompleks administracyjno-handlowy z klimatyzacją, podwójnymi oknami, aby zapobiegać przedostawania się huku miasta do wnętrza i szklanymi wewnętrznymi drzwiami. Wcześniej nikt niczego takiego nie widział.

W tym samym roku architekt pokazał światu jeden ze swoich pierwszych domków, tak popularnych w Stanach Zjednoczonych. Zastosował w nim ogromne, horyzontalne okna i wzniósł ceglane mury, wyraźnie wyznaczając kierunek budowy tego typu domów mieszkalnych. Wszystko to działo się 11 lat po otwarciu własnego studia. Amerykanin szedł jak burza. Zlecenia przychodziły właściwie każdego dnia. Gdy skończył 42 lata, pokazał światu kolejny dom – Robie House. Był 1909 rok i nie było na terenie Stanów Zjednoczonych studia, które nie śledziłoby każdego jego kroku. Zaczął się męczyć, więc rok później postanowił przenieść się do Europy. Stary Kontynent przyjął go jak króla i mimo wrodzonej skromności, schlebiało mu to. W Europie również nie zagrzał miejsca zbyt długo. Lata 20. miały być przełomowe pod względem osobistym (dwa rozwody i kolejne małżeństwo), ale także pod względem zawodowym. To wtedy został zaproszony do projektu Hotelu Imperial w Tokio, który miał stać się natychmiast książkowym ideałem architektury. Podstawowym założeniem tego potężnego budynku miała być wytrzymałość na częste trzęsienia ziemi, które nawiedzają ten region. Lloyd Wright znalazł na to rozwiązanie stosując pływające fundamenty, umieszczając w mule pale utrzymujące całą strukturę i konstrukcję. Sprawdzian miał przyjść dwa lata później, gdy w 1923 roku doszło do potężnego trzęsienia ziemi, które zniszczyło ogromną część wyspy, uszkadzając niemal wszystkie budynki w Tokio. Hotel Imperial był jednym z kilku, które nie ucierpiały.

To miało tylko potwierdzić wielkość Wrighta, który już wtedy nosił miano jednego z najlepszych architektów w historii. Co więc zrobił? Osiadł z powrotem w Wisconsin. Wrócił na ziemie należące do jego rodziców. I to tam powstały projekty, które można nazwać kultowymi, jak Millard House w Pasadenie, Price Tower w Bartlesville i Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku – jeden z najsłynniejszych budynków na świecie.

Był 1959, gdy muzeum zostało skończone. W tym samym roku, mając świadomość zaprojektowania swojego największego dzieła, Frank Lloyd Wright odszedł 9 kwietnia.

Jego dziedzictwo jest jednym z najwspanialszych przykładów architektury, na którym uczą się dziś wszyscy wielcy architekci. Pamięć pozostaje w projektach rozsianych po całym świecie. I w kolejnych pokoleniach architektów (w tym niemal wszystkich jego dzieci i wnuków, którzy kontynuują rodową tradycję).

Fot. główne: Fallingwater House, fot. Pablo Sanchez, flickr.com

Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, fot. wikipedia.com

Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, fot. wikipedia.com

Udostępnij