SZTUKA I PIENIĄDZE

Europejskie Biennale Młodej Sztuki zostało wykorzystane do legitymizacji działań Kremla, lecz chyba nikt tego nie zauważył.

 

Dwie europejskie imprezy artystyczne rozpoczęły się w czerwcu tydzień po tygodniu: 3 czerwca Berlin zainaugurował swoje biennale, 10 otwarto jedenastą edycję Manifesty, tym razem w Zurychu.

Berlińskie Biennale zostało powołane do istnienia po upadku muru i miało ożywić tamtejszą scenę artystyczną, a jednocześnie wnieść do publicznej świadomości sporo fermentu i niezgody na zastaną hierarchię wartości. Afiliowane przy najbardziej zrewoltowanej instytucji, jaką był położony w zaniedbanej, północnej części centrum Berlina Wschodniego Warsztat Sztuki (Kunstwerke), pokazywało równie zrewoltowaną, społecznie i politycznie zaangażowaną sztukę. Ta wznosząca się fala gniewu i niezgody na istniejący stan rzeczy – cokolwiek miałoby to znaczyć – osiągnęła swoje apogeum w roku 2012, kiedy kuratorem biennale został Artur Żmijewski, który zaprosił do Berlina przedstawicieli rozmaitych ruchów miejskich z całego świata, by przedyskutowali metody walki z establishmentem. Przedstawiciele rynku załamali ręce: nie było czym handlować. W roku 2014 zespół kuratorski skierował więc swoją poprawność polityczną na zagadnienie wielokulturowości i przezwyciężenie uprzedzeń, które wniosła do postrzegania kultury epoka kolonialna, a utrwaliła rozpowszechniona w całym euroatlantyckim regionie metodologia eksponowania trofeów przywożonych z całego świata przez antropologów i podróżników.

To, co zostało pokazane w tym roku, jest ilustracją świata wyobrażonego, odległego od jakiejkolwiek realności, tak jakby w całym świecie, w tym także w świecie sztuki, nie działo się nic ważnego ani ciekawego, jakby nie było w nim przeszłości ani przyszłości. Na ten fakt wskazują sami kuratorzy i szukają jego przyczyn. Urodzeni w latach 80., wychowani na elektronicznych mediach twórcy obracają się wokół swoich wirtualnych doświadczeń i powołują do życia alternatywną rzeczywistość, w której naiwne dobro zwycięża naiwne zło. Czwórka nowojorskich kuratorów zaprezentowała pokolenie działające w sieci i promowane przez młode galerie jako to, które teraz będzie dyktować paradygmaty sztuki. I rynku, oczywiście. Dlatego oprócz filmów wideo oraz rozmaitych animacji jest też trochę realnych obiektów, wyraźnie odpowiadających na potrzeby rynku. A ponieważ źródłem kuratorskich inspiracji nie była rzeczywista kwerenda, lecz „alternatywne” galerie Nowego Jorku i Berlina, nie ma na tym biennale młodych twórców z Europy Środkowo-Wschodniej i z wielu innych części świata, a jeśli nawet niektórzy z tego „innego świata” pochodzą, to od dawna działają na Zachodzie. Wielu z nich trafiło do zbiorów uważanych za gorące, jak zajmująca spory budynek kolekcja Julii Stoschek, której wernisaż poprzedził otwarcie biennale. Są to całkiem świeże meteory, które przelecą przez najbliższe międzynarodowe pokazy; większość z nich zgaśnie jednak już za kilka lat. Nie jestem w stanie przewidzieć, kto zostanie na dłużej. Ale też nie zdobyłam się na cierpliwość oglądania w hałasie i wernisażowym tłoku licznych, rozciągniętych w czasie projekcji.

Anda Rottenberg – historyczka sztuki, kuratorka wystaw, animatorka kultury oraz popularyzatorka sztuki współczesnej.

*cały felieton Andy Rottenberg można przeczytać w 16 numerze MONITOR MAGAZINE

 

 

 

Udostępnij