ORATORZY: FIDEL CASTRO

Mówiąc o współczesnych oratorach-politykach, kubański przywódca jest w czołówce. Jego wielogodzinne przemówienia przechodziły do historii już w momencie ich wygłaszania. Dziś publikujemy fragmenty jego wystąpienia przed sądem z 16 października 1953 roku.

 

Piękna. Rajska. Brudna. Śmierdząca. Kuba. Wyspa jest pełna sprzeczności. Jak w szokującej trylogii dziennikarza Pedro Juana Gutierreza, w której rozprawia się on z życiem dosadniej niż sam Charles Bukowski. Gdy kilkadziesiąt lat temu Fidel Castro razem z grupą oddanych rewolucjonistów stanął na czele i w imieniu Kubańczyków, którzy oczekiwali przewrotu zastanej rzeczywistości, uważano go za wybawiciela, tego, na którego od wieków czekała uciemiężona Kuba – wyspa, która do przywódców ma pecha od samego początku. Nic dziwnego, w latach 40. i 50. po Kubie jeździły cadillaki, kręciły się szerokie ronda bogatych kapeluszy równie bogatych Amerykanek na wakacjach, a amerykańska śmietanka (m.in. Frank Sinatra) towarzyska bawiła się w kasynach, z największymi mafiozami – z Luckym Luciano na czele. Kubańczykom nie wolno było wchodzić do przybytków rozpusty, jakimi stały się fantazyjne hotele i restauracje. Byli traktowani niewolniczo na własnej wyspie, niczym zwierzęta w zoo, ale w całej swojej historii szczęścia nigdy nie mieli. Skorumpowany prezydent Fulgencio Batista miał zostać już wkrótce obalony, a Fidel Castro, człowiek legenda, stać się projekcją romantycznych marzeń, wielkich snów. Dziś już wiemy, że wspaniałe ideały doprowadziły przywódcę właściwie do szaleństwa. Zamknął Kubę, zaryglował. Zamienił tę kolorową wyspę karaibską w miejsce smutne, choć wciąż kolorowe. Historia udowodniła, że bez wątpienia to Castro jest największą ofiarą rewolucji. 

Gdy 26 lipca 1953 roku młody adwokat poprowadził grupę rewolucjonistów do ataku na koszary wojskowe Moncada w Santiago de Cuba, akcja skierowana przeciwko tyranowi Batiście, ale przede wszystkim w celu szerzenia socjalizmu, nie powiodła się. Z oddziałami rozprawiono się szybko i krwawo. Castro i kilku innych rebeliantów wycofali się. Udało im się ukryć w górach. Nie minęło jednak kilka dni, a wszyscy zostali aresztowani. Na sali rozpraw Castro postanowił wystąpić w roli własnego adwokata (pogrążając z apetytem i bardzo umiejętnie cały aparat dyktatury). Skazano go na 15 lat więzienia, których jak wiadomo, nie przesiedział. Przed sądem, obok niego, postawiono 122 oskarżonych. 

16 października ogłoszono wyrok. To właśnie wtedy Castro wygłosił słynne przemówienie znane dziś pod tytułem „Historia mnie uniewinni”.

wikipedia.org

wikipedia.org

Fidel Castro, fragmenty wystąpienia przed sądem, 16 października 1953 r.

Wysoki Sądzie!

Nigdy żaden adwokat nie musiał wykonywać swojej pracy w tak trudnych warunkach, nigdy też wobec żadnego oskarżonego nie dopuszczono się tak wielu dokuczliwych nieprawidłowości. W tym wypadku adwokat i oskarżony to ta sama osoba. Jako adwokat nie mogła się ona nawet zapoznać z aktem oskarżenia, a jako oskarżony już od siedemdziesięciu sześciu dni przebywa w odosobnieniu w pojedynczej celi, bez najmniejszej możliwości porozumienia się z kimkolwiek, wbrew wszelkim zasadom humanitarnym i przepisom prawa.

Ten, który teraz przemawia, z całego serca nienawidzi dziecinnej próżności i ani jego nastrój, ani temperament nie każą mu przybierać pozy trybuna czy wzbudzać jakiejkolwiek sensacji. Jeśli musiałem się podjąć własnej obrony przed tym trybunałem, stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że praktycznie mnie jej pozbawiono; po drugie, ponieważ tylko ten, kto został tak głęboko zraniony i widział ojczyznę tak bezbronną, a sprawiedliwość tak upodloną, może przy tego rodzaju okazji mówić słowami, które są krwią serca i samym sednem prawdy.

Nie brak było wielkodusznych kolegów, którzy chcieliby mnie bronić, a Zrzeszenie Adwokackie w Hawanie wyznaczyło do reprezentowania mnie w tej sprawie kompetentnego i odważnego mecenasa, doktora Jorge Paglieryego, dziekana tego zrzeszenia. Nie pozwolono mu jednak wykonać tego zadania: za każdym razem, kiedy próbował się ze mną zobaczyć, bramy więzienia były zamknięte. Dopiero po upływie półtora miesiąca, po interwencji sądu, zezwolono mu na dziesięciominutowe widzenie ze mną w obecności pewnego sierżanta z Wojskowej Służby Wywiadowczej SIM. Należy przypuszczać, że adwokat powinien rozmawiać sam na sam z osobą, której broni, chyba że chodzi o kubańskiego jeńca wojennego w rękach bezlitosnego despotyzmu, który nie uznaje reguł prawnych ani zasad humanitarnych. Ani doktor Pagliery, ani ja nie byliśmy skłonni do tolerowania tej nieuczciwej praktyki zmierzającej do wytrącenia nam środków obrony przed rozprawą. Czyżby chcieli wcześniej wiedzieć, w jaki sposób miały zostać rozbite w proch i pył te niebywałe wprost kłamstwa, ukute przez nich po wydarzeniach w koszarach Moncada, i jak wyjdzie na jaw straszliwa prawda, którą pragnęli ukryć za wszelką cenę? Wówczas właśnie zostało postanowione, że ze względu na fakt, iż jestem adwokatem, sam zajmę się swoją obroną.

Decyzja ta, którą usłyszał i przekazał dalej sierżant SIM, wzbudziła niebywałe obawy; zupełnie jakby jakiś złośliwy chochlik szeptał im, że z mojej winy ich plany źle wypadną; wam zaś, panowie sędziowie, aż nadto dobrze wiadomo, jak wielkie wywierano naciski, aby odebrać mi także i to prawo, uświęcone na Kubie długoletnią tradycją. Sąd nie mógł ulec tego rodzaju roszczeniom, ponieważ oznaczałoby to pozostawienie oskarżonego bez absolutnie żadnej możliwości obrony. Ów oskarżony, który teraz oto korzysta z tego prawa, za nic w świecie nie przemilczy tego, co powinien powiedzieć. Sądzę, iż należy przede wszystkim wyjaśnić, czym było spowodowane tak okrutne trzymanie mnie w odosobnieniu, w jakim celu chciano mi zamknąć usta, dlaczego knuto spiski, jakie niebywale ważne fakty pragnie się skrywać przed narodem, w czym kryje się tajemnica wszelkich dziwnych wydarzeń, jakie zaszły podczas tego procesu. Stawiam sobie za cel wytłumaczyć to jak najdokładniej.

Ogłosiliście, że ta rozprawa sądowa jest najważniejsza w dziejach naszego państwa. Jeżeli naprawdę tak uważacie, nie powinniście pozwolić, by podważano wasz autorytet i kpiono z niego. Pierwsze posiedzenie sądu odbyło się 21 września. Pośród setki karabinów maszynowych i bagnetów, jakie w sposób skandaliczny okupowały salę posiedzeń, na ławie oskarżonych usiadło ponad sto osób. Przeważająca większość nie miała związku ze sprawą, a od wielu dni była przetrzymywana w areszcie śledczym. Wcześniej musieli znosić wszelkiego rodzaju drwiny i udręki w lochach aparatu represji. Jednakże pozostali oskarżeni, pozostający w mniejszości, zachowali postawę pełną odwagi i stanowczości, gotowi z dumą potwierdzić swój udział w bitwie o wolność, dać przykład bezprecedensowego samozaparcia i wyswobodzić z więzienia ową grupę osób, które z całą złą wolą zostały włączone do procesu. […]

Podczas tego pierwszego posiedzenia zostałem poproszony o złożenie zeznań; przez dwie godziny byłem przesłuchiwany, odpowiadając na pytania pana prokuratora oraz dwudziestu obrońców. Podając dokładne liczby i niepodważalne dane, potrafiłem wykazać, ile zainwestowaliśmy pieniędzy, w jaki sposób je uzyskaliśmy oraz skąd i jak udało nam się zgromadzić broń. Nie miałem nic do ukrycia, w rzeczywistości bowiem wszystko zdobywaliśmy dzięki bezprecedensowemu poświęceniu w naszych republikańskich bojach. Mówiłem też o wytyczonych celach, jakie przyświecały nam w walce, oraz o humanitarnym i szlachetnym postępowaniu, które zawsze cechowało nas wobec przeciwnika. […]

Od tej chwili zaczął się rozsypywać jak domek z kart cały gmach podłych kłamstw zbudowany przez rząd wokół faktów. Wskutek powyższego pan prokurator zrozumiał, jakim absurdem było przetrzymywanie w więzieniu intelektualistów – i wystąpił niezwłocznie z wnioskiem o tymczasowe ich wypuszczenie na wolność.

Po złożeniu zeznań na tym pierwszym posiedzeniu zwróciłem się do sądu z prośbą, by zezwolił mi opuścić ławę oskarżonych i zająć miejsce pośród obrońców, na co uzyskałem zgodę. […] Drugie posiedzenie sądu odbyło się we wtorek, 22 września. Ledwie dziesięć osób złożyło zeznania, a już udało mi się ujawnić morderstwa, jakie popełniono w rejonie Manzanillo; ustaliłem jasno i wyraźnie oraz spowodowałem wpisanie do protokołu fakt, że bezpośrednio odpowiedzialny za owe zbrodnie był dowódca lokalnego posterunku wojskowego. Miało jeszcze zeznawać trzysta osób. Co by się stało, gdybym, mając w rękach przytłaczającą ilość danych i dowodów, przystąpił do zadawania przed sądem pytań samym wojskowym odpowiedzialnym za owe wydarzenia? […]

Obmyślono sobie wyłączenie mnie z postępowania i przystąpiono do tego manu militari. W noc 25 września, w przededniu trzeciego posiedzenia sądu, pojawili się w mojej celi dwaj lekarze sądowi; byli wyraźnie zmartwieni. „Przyszliśmy cię zbadać” – powiedzieli. „A któż tak się troszczy o moje zdrowie?” – spytałem ich. Prawdę mówiąc, gdy tylko ich ujrzałem, zrozumiałem, o co chodzi. Zachowali się niezwykle szlachetnie, mówiąc mi prawdę. Otóż owego dnia po południu pojawił się w więzieniu pułkownik Chaviano i powiedział im, że ja „wyrządzam rządowi ogromne szkody na rozprawie” i że muszą podpisać zaświadczenie stwierdzające, iż jestem chory, wskutek czego nie mogę uczestniczyć w dalszych posiedzeniach sądu. […] Powiedziałem im tylko: „Panowie znają swoją powinność, a ja dobrze znam swoją”.

[…] Tej samej nocy napisałem do tutejszego sądu list, w którym składałem doniesienie o uknutym spisku i żądałem odwiedzin dwóch lekarzy sądowych, aby ci zaświadczyli o znakomitym stanie mojego zdrowia […].

Lekarze sądowi przybyli 27 września i zaświadczyli, że istotnie jestem zupełnie zdrowy. Jednakże, pomimo ponawianych nakazów sądowych, nie zostałem już więcej doprowadzony na żadną rozprawę. […]

Wysoki Sądzie! Działo się coś niesłychanego: oto rząd bał się postawić oskarżonego przed sądem – ten krwawy reżim terroru wpadał w strach przed moralną postawą człowieka bezbronnego, spotwarzonego i przebywającego w odosobnieniu! Tak oto, po pozbawieniu mnie wszystkiego, na koniec odbierali mi uczestniczenie w sprawie, w której jestem głównym oskarżonym. Proszę wziąć pod uwagę, że działo się to w czasie zawieszenia praw obywatelskich, kiedy z całą mocą obowiązywała ustawa o porządku publicznym oraz cenzura radia i prasy. Cóż za straszliwe zbrodnie musiał popełnić ten rząd, skoro tak bardzo bał się głosu jednego oskarżonego!

Muszę tu podkreślić sprawę bezczelnej i lekceważącej postawy, jaką wobec Wysokiego Sądu zachowywali przez cały czas dowódcy wojskowi. […] Na waszych oczach na pierwszym i drugim posiedzeniu postawiono przy mnie gwardzistów, aby mi całkowicie uniemożliwić rozmowę z kimkolwiek, nawet podczas przerw […]. Jeśli zatem w zamian za tak wielki brak szacunku prowadzą nas tutaj, abyście posłali mnie do więzienia, w imieniu prawa, które tylko i wyłącznie oni gwałcą od 10 marca, nader smutna jest rola, jaką chcą wam narzucić. W tym wypadku z pewnością ani razu nie została zastosowana łacińska maksyma cedant arnia togae’. Proszę wziąć pod uwagę tę okoliczność.

Wszystkie te środki okazały się zupełnie bezużyteczne, ponieważ moi dzielni towarzysze, prezentując obywatelskie cnoty bez precedensu, doskonale się spisali.

„Tak, stanęliśmy do boju o wolną Kubę i nie żałujemy, że to zrobiliśmy”, mówili jeden po drugim, wezwani do składania zeznań, po czym natychmiast, z imponującą prawością, piętnowali straszliwe zbrodnie, popełnione na naszych przyjaciołach. […]

Podczas postępowania role się odwróciły: ci, co mieli oskarżać, stali się oskarżonymi, a oskarżeni zmienili się w oskarżycieli. Już nie sądzono rewolucjonistów, ale raz na zawsze osądzono pana o nazwisku Batista … Monstrum horrendum!… Nie będzie miał znaczenia wyrok skazujący dla odważnych i pełnych godności młodych ludzi, jeśli jutro lud ukarze dyktatora i jego okrutnych siepaczy. […]

W wyniku tych licznych, mętnych i bezprawnych machinacji, z woli tych, co wydają rozkazy, i za sprawą słabości tych, co wydają wyroki, znalazłem się w tym pokoiku szpitala cywilnego, do którego doprowadzono mnie, aby mnie sądzić przy drzwiach zamkniętych, by nikt mnie nie słyszał, by głos mój przygasł i by nikt się nie dowiedział o rzeczach, o których mam zamiar mówić. Do czego niby ma służyć ten ogromny Pałac Sprawiedliwości, w którym Wysoki Sąd miałby znacznie większe wygody? Zwracam uwagę, że wprost nie wypada, żeby wymierzano sprawiedliwość ze szpitalnego pokoju, ze stojącą u drzwi i wszędzie wokół wartą z nastawionymi bagnetami, obywatele bowiem mogliby pomyśleć, że nasza sprawiedliwość jest chora i… uwięziona.

Przypominam wam, że przyjęte przez was procedury stanowią, że proces ma być „ustny i jawny” – jednakże publiczności całkowicie uniemożliwiono wstęp na dzisiejsze posiedzenie. Pozwolono wejść tylko dwóm prawnikom i sześciu dziennikarzom, ale w ich gazetach cenzura nie pozwoli wydrukować ani słowa. Widzę, że za jedyną publiczność na sali i w korytarzach mam około setki żołnierzy i oficerów. […]

Na koniec muszę powiedzieć, że nie pozwolono wnieść do mojej celi żadnego kodeksu prawa karnego. […]

Proszę sąd, by uszanowano moje prawo do całkowicie swobodnej wypowiedzi. Bez tego nie da się stworzyć choćby najmniejszych pozorów sprawiedliwości – i to ostatnie ogniwo, bardziej niż pozostałe, okaże niegodziwość i tchórzostwo.

Przyznaję, że odczuwam pewien zawód. Sądziłem, że pan prokurator wygłosi jakieś straszliwe oskarżenie, gotów do przesytu uzasadniać zarzut i podawać powody, dla których, w imię prawa i sprawiedliwości – jakiego prawa i jakiej sprawiedliwości? – należy mnie skazać na dwadzieścia sześć lat więzienia. Otóż nie. Ograniczył się tylko i wyłącznie do odczytania artykułu 148 kodeksu obrony społecznej, na mocy którego i przy wzięciu pod uwagę dodatkowych okoliczności obciążających, domaga się dopuszczalnego wymiaru kary do dwudziestu sześciu lat więzienia. […] Pan prokurator nie wygłosił ani jednego słowa, które by uzasadniało jego żądanie. […] Bez wątpienia kryje się za tym wielka zmowa.

Wysoki Sądzie! Skąd tak wielkie zainteresowanie tym, żebym zamilkł? Nadto dlaczego zaniechano jakiegokolwiek uzasadnienia, bym nie mógł go zbijać swoimi argumentami? Czy brak jest jakiejkolwiek podstawy prawnej, moralnej lub politycznej do poważnego postawienia tej kwestii? Czyżby tak bardzo obawiano się prawdy? Czy pragnie się, bym także i ja mówił dwie minuty, nie poruszając tutaj punktów, dotyczących pewnych ludzi, którzy od 26 lipca nie zmrużyli oka? Skoro wystąpienie prokuratorskie sprowadza się do zwykłego odczytania pięciu linijek z kodeksu obrony społecznej, można by sądzić, że i ja ograniczę się do tego samego i będę krążył i krążył wokół nich, niczym niewolnik wokół kamienia młyńskiego. Lecz ja w żadnym wypadku nie dam sobie włożyć takiego knebla, podczas tego procesu debatuje się bowiem nad czymś więcej niż zwykła wolność pojedynczego człowieka; rozprawia się tu nad kwestiami podstawowymi i zasadniczymi, osądza się prawo ludzi do bycia wolnymi, dyskutuje się nad podstawami naszego istnienia jako cywilizowanego, demokratycznego narodu. Gdy skończę, nie chciałbym czynić sobie zarzutu, że nie obroniłem jakiejś zasady, nie wypowiedziałem jakiejś prawdy, nie potępiłem jakiejś zbrodni. […]

Elementarną zasadą prawa karnego jest to, iż zarzucany czyn musi ściśle odpowiadać jego kwalifikacji prawnej. Jeśli nie ma artykułu zastosowalnego do spornego punktu, nie ma przestępstwa.

Odnośny artykuł prawa stwierdza dosłownie: „Sprawcy czynu zmierzającego do wywołania powstania zbrojnych ludzi przeciwko konstytucyjnym władzom państwa zostanie wymierzona kara od trzech do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Jeśli dojdzie do wybuchu powstania, kara wyniesie od pięciu do dwudziestu lat pozbawienia wolności”.

W jakim to kraju żyje pan prokurator? Któż mu powiedział, że wywołaliśmy powstanie przeciwko konstytucyjnym władzom państwa? Dwie sprawy rzucają się w oczy. Po pierwsze, dyktatura uciskająca naród nie jest władzą konstytucyjną, lecz niekonstytucyjną; zrodziła się wbrew konstytucji, ponad konstytucją, z pogwałceniem prawomocnej konstytucji państwa. Prawomocną konstytucją jest taka konstytucja, która wychodzi wprost od niezależnego ludu.[…] Po drugie, artykuł mówi o władzach, w liczbie mnogiej, nie pojedynczej, bierze się tu pod bowiem uwagę państwo, którym rządzi władza ustawodawcza, władza wykonawcza i władza sądownicza, które się wzajemnie równoważą. My wywołaliśmy bunt przeciwko władzy jedynej, bezprawnej, która uzurpowała sobie i połączyła w jedno władzę ustawodawczą i wykonawczą kraju, burząc cały system, który właśnie miał chronić rozważany przez nas artykuł kodeksu. Co się tyczy niezawisłości władzy sądowniczej po 10 marca, nawet o tym nie wspomnę, bo mi nie do śmiechu… Choćby się ten artykuł 148 nie wiedzieć jak naciągnęło, skróciło czy poprawiło, ani jeden jego przecinek nie da się zastosować do wydarzeń z 26 lipca. […]

Mój głos nie da się przez to stłumić: potężnieje mi w piersi tym bardziej, im bardziej czuję się osamotniony; pragnę, by w moim sercu nabrał ferworu, którego odmawiają mu ludzie tchórzliwi.

Słuchałem przemówienia dyktatora w poniedziałek, 27 lipca, siedząc w górskim szałasie, kiedy było nas jeszcze osiemnastu […]. Strumień kłamstw i oszczerstw, jakie wyrzucał z ust tym swoim prostackim, nienawistnym i wstrętnym językiem, można było jedynie zestawić z wielką strugą młodej i czystej krwi, którą od poprzedniego wieczoru, za jego wiedzą, zgodą, współudziałem i poklaskiem, przelewała najbardziej bezlitosna banda morderców, jaką można sobie wyobrazić. […]

Tu muszę się na chwilę zatrzymać nad przebiegiem wypadków. Sam rząd stwierdził, że atak został przeprowadzony z taką dokładnością i perfekcją, że oczywisty był jakoby udział ekspertów wojskowych w przygotowywaniu planu operacji. Cóż za absurd! Plan obmyśliła grupa młodych ludzi, z których żaden nie miał doświadczenia wojskowego. Ujawnię ich nazwiska poza dwoma, których nie ma ani pośród zabitych, ani pośród więźniów: Abel Santamaria, Jose Luis Tasende, Renato Guitart Rosell, Pedro Miret, Jesus Montane oraz ten, który teraz do państwa mówi. Połowa z nich poległa, a oddając zasłużony hołd ich pamięci, mogę stwierdzić, że nie byli wojskowymi specjalistami, za to mieli w sobie dość patriotyzmu, by – przy równych szansach – dać porządnie w kość wszystkim generałom z 10 marca razem wziętym, bo ci nie są ani wojskowymi, ani patriotami. […]

Ostateczna mobilizacja ludzi, którzy przybyli do tej prowincji z najbardziej oddalonych wsi i miasteczek wyspy, została dokonana z godną podziwu precyzją i w najgłębszej tajemnicy. Jest również faktem, że świetna była koordynacja ataku. Rozpoczął się on o godzinie 5.15 rano, równocześnie w Bayamo i w Santiago de Cuba. Jeden po drugim, z ustaloną wcześniej dokładnością co do minuty i sekundy, zaczęły padać budynki otaczające koszary. Gwoli prawdzie, choćby miało to umniejszyć nasze zasługi, muszę tu po raz pierwszy ujawnić pewien fatalny w skutkach fakt: połowa naszych głównych sił, i to najlepiej uzbrojona, wskutek żałosnej pomyłki zabłądziła, wchodząc do miasta i zabrakło jej nam w kluczowym momencie. Abel Santamaria z dwudziestu jeden ludźmi zajął Szpital Cywilny; był z nim również lekarz i dwie nasze towarzyszki w celu niesienia pomocy rannym. Raul Castro z dziesięcioma ludźmi zajął Pałac Sprawiedliwości, mnie zaś przypadł w udziale atak na koszary z resztą ludzi w liczbie dziewięćdziesięciu pięciu. […]

Wszyscy mieli ścisłe instrukcje, by przede wszystkim postępować w sposób humanitarny w walce. Nigdy grupa zbrojnych nie była bardziej szlachetna wobec przeciwnika. […]

Pragnę stwierdzić dwie rzeczy istotne dla uczciwej oceny naszego sposobu postępowania. Po pierwsze, mogliśmy sobie ułatwić wzięcie koszar, aresztując zwyczajnie wszystkich wyższych oficerów w ich mieszkaniach, ale możliwość ta została odrzucona z bardzo ludzkiego względu – by uniknąć tragicznych scen i szarpaniny w domu rodzinnym. Po drugie, zgodziliśmy się co do tego, by nie zajmować żadnej radiostacji, dopóki nie zdobędziemy koszar. Nasza rzadko spotykana postawa, nacechowana rycerskością i szlachetnością, oszczędziła obywatelom ogromnego przelewu krwi. […]

Rząd wielokrotnie powtarzał z dużym naciskiem, że lud nie popiera naszego ruchu. Nigdy nie słyszałem stwierdzenia równie naiwnego, a zarazem pełnego tak złej woli. Usiłują wykazać w ten sposób uległość i tchórzostwo ludzi; niebawem powiedzą, że lud popiera dyktaturę; ale nie zdają sobie sprawy, jak bardzo obrażają przez to dzielnych mieszkańców [prowincji] Oriente. Santiago de Cuba myślało, że to potyczka między żołnierzami i dopiero wiele godzin później rozeznało się w sytuacji. Kto może wątpić w odwagę, męstwo i wspaniałą obywatelską postawę buntowniczego i pełnego patriotyzmu ludu Santiago de Cuba? Gdyby Moncada wpadła w nasze ręce, to nawet kobiety z Santiago de Cuba chwyciłyby za broń! Jakże wiele karabinów przyniosły bojownikom pielęgniarki ze Szpitala Cywilnego! Również one walczyły. Nigdy tego nie zapomnimy.

Nie mieliśmy nigdy zamiaru walczyć z żołnierzami z garnizonu, lecz z zaskoczenia przejąć kontrolę i uzbrojenie, skierować odezwę do ludu, a następnie zgromadzić żołnierzy i zachęcić ich, by odrzucili odrażającą flagę tyranii, a skupili się wokół chorągwi wolności […].

Korpus marynarki wojennej nie stanął do walki przeciwko nam, a później niewątpliwie by się do nas przyłączył. […]

Żołnierz żywi głęboki szacunek wobec odczuć większości ludu. […] 10 marca nadszedł w chwili, kiedy spadł do minimum prestiż rządu cywilnego , z której to okazji skorzystał Batista i jego klika. Czemu nie zrobili tego po 1 czerwca? Po prostu dlatego, że gdyby poczekali, aż większość narodu wyrazi swoje poglądy w wyborach, żaden spisek nie znalazłby oddźwięku w wojsku.

Można zatem stwierdzić jeszcze jedno: wojsko nigdy nie zbuntowało się przeciwko rządowi popieranemu przez większość narodu. To są prawdy historyczne, jeśli więc Batista będzie usiłował za wszelką cenę pozostać u władzy wbrew woli absolutnej większości Kubańczyków, jego koniec będzie jeszcze bardziej tragiczny niż to, co spotkało Gerarda Machado.

[…] Na szpaltach czasopisma „Alerta” prowadziłem pamiętną kampanię skierowaną przeciwko systemowi przymusowej pracy, którą kazano wykonywać żołnierzom w prywatnych posiadłościach wysokich osobistości cywilnych i wojskowych […]. Wielokrotnie pisałem także, iż elementarne poczucie sprawiedliwości powinno sprawić, że podniesie się płacę ludziom, którzy służą w siłach zbrojnych. […]

Teraz, kiedy znów wszyscy milczą, powiadam, że [żołnierz] dał się nędznie oszukać i że do straszliwej plamy krwi, oszustwa i wstydu z 10 marca dodał plamę, oszustwo i tysiąckrotnie większy wstyd przerażających i niewybaczalnych zbrodni z Santiago de Cuba. […] Koszary Columbia powinno się zamienić na szkołę i zamiast żołnierzy umieścić tam dziesięć tysięcy osieroconych dzieci.

Ponieważ przede wszystkim chcę być sprawiedliwy, nie mogę uznać wszystkich wojskowych za współwinnych tych zbrodni, tych haniebnych plam na honorze i wstydu, którego sprawcami jest niewielu zdrajców i nikczemników. […]

Tak, 10 marca był nędznym oszustwem… Batista, po porażce, jaką poniósł w wyborach on sam i cała kohorta jego złych i zdyskredytowanych politykierów, wykorzystał niezadowolenie wojska i posłużył się nim, żeby na barkach żołnierzy wspiąć się na sam szczyt władzy. […] Wielu uczciwych wojskowych zadaje dziś sobie pytanie, po co siły zbrojne wzięły na siebie ciężar tak straszliwej historycznej odpowiedzialności za podeptanie naszej konstytucji i wyniesienie do władzy ludzi postępujących nieetycznie, zdyskredytowanych, skorumpowanych, politycznie na zawsze unicestwionych, którzy mogli ponownie zająć najwyższe stanowiska w państwie tylko na ostrzu bagnetu – ale bagnetu, który trzyma kto inny…

Z drugiej strony wojskowi cierpią przez tyranię bardziej niż cywile. Są bezustannie inwigilowani, żaden też z nich nie ma najmniejszej pewności, że zachowa swoje stanowisko: najmniejsze nieuzasadnione podejrzenie, jakaś plotka czy intryga, jakikolwiek donos wystarczy, by ich przeniesiono, wyrzucono lub niechlubnie wsadzono do więzienia. […] Batiście nie zależy na tym, by chronić wojsko, ale żeby wojsko chroniło jego; rozrasta się jego reżim ucisku i śmierci, ale nie oznacza to dobrobytu dla ludzi. Potrójne straże, stałe skoszarowanie, ciągły niepokój, wrogość obywateli, niepewność jutra – to właśnie dano żołnierzowi, inaczej mówiąc: „Umieraj za reżim, żołnierzu, oddawaj mu swój pot i krew, poświęcimy ci przemówienie lub pośmiertny awans (kiedy już będzie ci wszystko jedno), a potem… dalej będziemy żyć dostatnio i bogacić się; zabijaj, depcz, uciskaj lud, kiedy zaś ten lud będzie miał dość i to się skończy – ty zapłacisz za nasze zbrodnie, my zaś pojedziemy za granicę, by tam żyć jak książęta; jeśli kiedyś powrócimy, to nie stukaj do drzwi naszych pałaców ani ty, ani twoje dzieci, bo będziemy milionerami, a milionerzy nie chcą znać ubogich. […].

Pan prokurator jest bardzo zainteresowany tym, czy mieliśmy szansę na zwycięstwo. Szansa ta opierała się na przesłankach natury technicznej, wojskowej i społecznej. Próbowano rozpowszechniać mit, jakoby nowoczesna broń uniemożliwiała otwartą walkę ludu z tyranią. Parady wojskowe i pompatyczne demonstrowanie sprzętu wojskowego ma na celu ugruntowanie tego mitu i wzbudzenie u obywateli kompleksu całkowitej bezradności. Żadna broń, żadna siła nie jest w stanie pokonać ludu, który postanowi walczyć o swoje prawa. Są na to niezliczone przykłady w dziejach dawnych i najnowszych. […]

Rewolucjoniści muszą odważnie głosić swoje idee, określać swoje zasady i wyrażać zamiary. Chodzi o to, żeby nikt nie pozostawał w błędzie, ani przyjaciele, ani wrogowie.

W protokołach zeznań w tej sprawie powinno figurować pięć ustaw rewolucyjnych, które miały być proklamowane natychmiast po zajęciu koszar Moncada oraz obwieszczone narodowi drogą radiową. […]

Problem ziemi, problem uprzemysłowienia, problem mieszkaniowy, problem bezrobocia, problem oświaty i problem zdrowia publicznego – oto wyszczególnienie […] kwestii, których rozwiązaniu miały być zdecydowanie poświęcone nasze wysiłki; jednocześnie miały być wprowadzone swobody obywatelskie w ramach demokracji politycznej.

To wyliczenie może się wydać chłodne i teoretyczne komuś, kto nie wie, jak dramatyczna jest sytuacja kraju w tych sześciu dziedzinach, do czego należy jeszcze dodać najbardziej poniżający ucisk polityczny. […]

Przyszłość kraju i rozwiązanie jego problemów nie może nadal zależeć od egoistycznych interesów kilkunastu finansistów, od zimnych kalkulacji dotyczących zysków, jakie snuje w swoich klimatyzowanych gabinetach kilku czy kilkunastu potentatów. Naród nie może wciąż błagać o cud, modląc się na kolanach do paru złotych cielców, które, podobnie jak ów bożek ze Starego Testamentu, którego w gniewie obalił prorok, nie uczynią żadnego cudu. Problemy republiki zostaną rozwiązane tylko wówczas, jeśli zaczniemy o nią walczyć, z taką samą siłą, uczciwością i patriotyzmem, jakie zaangażowali nasi wyzwoliciele, kiedy ją tworzyli. […]

Bohaterstwo tych, co polegli w Santiago de Cuba, potrafimy zrozumieć dopiero wówczas, gdy przyjmiemy ich jakże szczytne ideały. Skromne środki finansowe udaremniły pewny sukces, jaki nas czekał. […]

Pomnóżcie przez dziesięć zbrodnię z 27 listopada 1871 roku, a otrzymacie potworne i odrażające zbrodnie z 26, 27, 28 i 29 lipca 1953 roku popełnione w [prowincji] Oriente. […] Jako Kubańczyk odczuwam wstyd, że kilku bezlitosnych ludzi przez swoje wręcz niewiarygodne zbrodnie skompromitowało naszą Ojczyznę wobec całego świata. […]

Tyran Batista nie był nigdy człowiekiem mającym skrupuły, więc nie wahał się przed mówieniem ludowi najbardziej wyimaginowanych kłamstw. […]

Nie wystarczyła zdrada ze stycznia 1934 roku, zbrodnie marcowe z roku 1935 ani też czterdziestomilionowa fortuna, które ukoronowały pierwszy etap [działalności publicznej Batisty], Trzeba jeszcze było zdrady z marca 1952, zbrodni z lipca 1953 i [zdefraudowanych] milionów, o których, być może, dowiemy się z czasem. […]

Matkom, które przychodziły do koszar Moncada, żeby zapytać o los swoich synów, odpowiadano z niebywałym cynizmem: „Ależ tak, proszę pani! Może się pani z nim spotkać w hotelu Santa Ifigenia , gdzie przyjęliśmy go na kwaterę”. Albo Kuba nie jest Kubą, albo odpowiedzialni za te czyny powinni ponieść straszliwą karę! Owi podli, bezduszni ludzie prostacko obrażali lud, kiedy zdejmował kapelusze na widok zwłok rewolucjonistów…

Ofiar było tak wiele, iż rząd dotychczas nie opublikował list wszystkich nazwisk; wiadomo, że podawane liczby są zaniżone. Znają nazwiska zabitych więźniów, bo przed ich pomordowaniem zbierali personalia. Całe to postępowanie identyfikacyjne prowadzone przez Gabinet Narodowy byłą czystą farsą. Są takie rodziny, które do tej pory nie wiedzą, co się stało z ich synami. Skoro minęły prawie trzy miesiące, czemu nie powie się ostatniego słowa?

Chciałbym oświadczyć, że trupom przetrząsano kieszenie, zabierając wszystko do ostatniego grosza, także rzeczy osobiste, obrączki, pierścionki i zegarki, które dziś bezczelnie noszą mordercy.[…]

Hitler przyjął na siebie odpowiedzialność za masakry z 30 czerwca 1934 roku, mówiąc, że na jedną dobę stał się Sądem Najwyższym Niemiec; siepacze tej tu dyktatury, nieporównywalnej z żadną inną wskutek jej nikczemności, fałszywości i tchórzostwa, porywają, torturują i mordują ludzi, a później, jak to kanalie, obwiniają przeciwników reżimu. […]

Wysoki Sądzie! Prawo do buntu przeciwko despotyzmowi uznawali od dawien dawna przedstawiciele wszelkich doktryn, wszelkich ideologii i wszelkich wyznań. [Tu Fidel Castro przytacza przykłady – od starożytnych Chin po czasy amerykańskiej Deklaracji Niepodległości i francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela].

Zawsze byliśmy dumni z historii naszej ojczyzny; uczyliśmy się jej w szkole i wzrastaliśmy, słuchając słów o wolności, sprawiedliwości i prawach. Od małości uczono nas czcić i podziwiać chwalebny przykład naszych bohaterów i męczenników. […] Uczono nas, że 10 października i 24 lutego to kroniki chwały i patriotycznej radości, oznaczające dni, w których Kubańczycy zbuntowali się i zapragnęli zrzucić jarzmo haniebnej tyranii. Uczono nas miłować piękny sztandar samotnej gwiazdy i bronić go, a także śpiewać każdego popołudnia hymn, którego strofy mówią, że żyć w kajdanach to żyć we wstydzie i hańbie, umrzeć zaś za ojczyznę – to żyć! Tego się nauczyliśmy i tego nie zapomnimy, choć dzisiaj w naszej ojczyźnie zabija się ludzi i wtrąca ich do więzienia za wcielanie w życie idei, które wpajano im od kolebki. Urodziliśmy się w wolnym kraju naszych ojców i prędzej ta wyspa zapadnie się w toń oceanu, niż my zgodzimy się być czyimiś niewolnikami. […]

Kończę swą mowę obrończą, ale nie uczynię tego, co zwykli czynić adwokaci, prosząc o wolność dla oskarżonego. Nie mogę o nią prosić, skoro moi towarzysze już cierpią, haniebnie uwięzieni na wyspie Pinos. Wyślijcie mnie tam, bym z nimi dzielił wspólny los.

Jest rzeczą niepojętą, żeby w republice uczciwi ludzie ginęli lub byli więzieni, ale tu prezydentem jest zbrodniarz i złodziej.

Wyrażam szczerą wdzięczność panom sędziom za to, że pozwolili mi się swobodnie wypowiedzieć, bez małostkowych nacisków. Nie żywię do was urazy, uznaję, że pod pewnymi względami byliście ludzcy; wiem też, że przewodniczący tego trybunału, człowiek nieskazitelnie uczciwy, nie potrafi ukryć odrazy wobec istniejącego stanu rzeczy, który zmusza go do wydania niesprawiedliwego wyroku. Sądowi temu pozostał jeszcze jeden, i to poważniejszy, problem: przed nimi sprawy wniesione po siedemdziesięciu morderstwach, to jest po największej masakrze, jaką znamy; winni tego pozostają na wolności, z bronią w ręku, co stanowi nieustanne zagrożenie dla życia obywateli. Jeśli nie spadnie na nich miecz prawa, wskutek tchórzostwa albo szykan, albo dlatego, że sędziowie gremialnie nie podadzą się do dymisji, to współczuję waszemu dobremu imieniu i boleję nad bezprecedensową hańbą, jaka spadnie na władzę sądową.

Co do mnie – wiem, że więzienie będzie cięższe, niż było kiedykolwiek dla kogoś innego, pełne pogróżek, podłego i tchórzliwego okrucieństwa; jednakże nie boję się tego, tak jak nie boję się furii nikczemnego tyrana, który pozbawił życia siedemdziesięciu moich braci. Skażcie mnie, to bez znaczenia: historia mnie uniewinni”.

*źródło tłumaczenia: Stosunki Międzynarodowe

Udostępnij