GLENN GOULD: ZŁAMANA LEGENDA

Polska miała Komedę. Kanada miała Glenna Goulda. Ten wybitny kompozytor i pianista zasłynął z interpretacji Bacha. Na emeryturę przeszedł w wieku 33 lat. Wrócił do Toronto, nie chciał być dotykany, odmawiał rozmów, o ile nie były telefoniczne. Miał genialny słuch i pamięć muzyczną. Prawdziwy geniusz.

 

Był ekscentryczny. Dawało się to we znaki inżynierom dźwięku, bo Gould lubił podśpiewywać grając na fortepianie. Podczas nagrań trudno było wymazać jego głos. Muzyk nic sobie z tego nie robił. Grał siedząc wyłącznie na krześle zrobionym dla niego w młodości przez ojca, nawet gdy ledwo wytrzymywało ciężar dorosłego człowieka i było w rozsypce. Miał obsesję na punkcie przeziębienia, dlatego zawsze był ciepło ubrany – w wełniany płaszcz, kapelusz, szal, nakładał rękawice – nawet latem. O ręce dbał wyjątkowo. Nie chciał, żeby go dotykano, lubił rozmawiać za to przez telefon, a w trakcie rozmów telefonicznych nucił całe utwory muzyczne. Zmarł na udar mózgu, kilka dni po 50. urodzinach.

Każdego roku tysiące turystów pielgrzymuje do Toronto, do budynku zaprojektowanego w stylu art deco, nazywanego Park Lane Apartments. Oddają część mistrzowi, który spędził tam lata, od 1960 roku aż do śmierci, która nastąpiła w roku ’82. Mieszkał pod numerem 902. Było to jego pierwsze „dorosłe” mieszkanie, bo do 28 roku życia nie miał zamiaru wyprowadzać się z domu rodzinnego. Dobrze się tu czuł, nie było publiczności, a właśnie jej nie chciał widzieć najbardziej w świecie. Dziś widnieje tu tablica upamiętniająca.

Gould zasłynął „Wariacjami Goldbergowskimi” Bacha, które nagrał w 1955 roku. Jest to jedyny utwór, który zdecydował się nagrać dwukrotnie – drugi raz kilka miesięcy przed śmiercią. Obydwie interpretacje różnią się od siebie, ale są równie cenione przez krytyków i melomanów. Album z 55. roku stał się najlepiej sprzedającym się klasycznym albumem w historii muzyki.

Gould cieszył się uznaniem i statusem wielkiej gwiazdy na rynku kanadyjskim, rywalizując o popularność wyłącznie z Leonardem Cohenem. Oboje zdobyli międzynarodową sławę, jednak przed zamknięciem Cohena w klasztorze, Gould już od dawna nie wychodził z domu – o ile nie było to studio nagraniowe. Okna w jego apartamencie zasłaniały ciężkie, ciemne zasłony, a wysoki regał z książkami blokował otwór okienny w jego sypialni. Odmawiał picia wody z kranu. Narzekał na zimno, z powodu problemów z krążeniem. Przed każdym występem moczył ręce w gorącej wodzie przez 20 minut. To był jeden z jego rytuałów.

Muzyki, do 10 roku życia, uczyła go matka, potem zapisano go do Konserwatorium Muzycznego w Toronto. Do rzeczy raczej nigdy się nie przywiązywał, o ile nie było to krzesełko do fortepianu zrobione przez ojca, które woził ze sobą zawsze. Reszta mogła być byle jaka. Nagrody Grammy używał jako przycisku do papieru. Dla wielu jego ekscentryczności były oznaką geniuszu.

Cierpiał na bóle pleców i skoki ciśnienia. Brał dużo leków, również tych nasennych. Nocą lubił jednak jeździć swoim samochodem, w którym czuł się doskonale, jak w domu. Dlaczego nocą? Jak sam mawiał, słońce wpędzało go w depresję. Gdy już się wybierał na nocną przejażdżkę, zawsze zahaczał o ten sam bar, siadał w tym samym miejscu i zamawiał to samo: jajka, sałatkę, sok pomidorowy i sorbet pomarańczowy.

Rodzina pożegnała go nie słowami, ale nutami, które po trzydziestu latach od śmierci muzyka trochę wyblakły, jednak nadal można rozpoznać ich temat: „Wariacje Goldbergowskie”.

Udostępnij