TAM, GDZIE SEN SIĘ NIE KOŃCZY

Na Morzu Norweskim, między Irlandią a Islandią, wśród mgieł i soczystej zieleni, pasą się owce. Nic dziwnego, w końcu odwiedzamy Wyspy Owcze.

 

Mieszkańcy mówią tu po farersku. Ale też po duńsku. W końcu Wyspy Owcze zależne są od Danii (jednak samodzielnie odrzuciły w referendum członkostwo w Unii Europejskiej). Żyje tam tyle mieszkańców, co w średnim polskim mieście, a więc niecałe 50 tysięcy – co ciekawe, jest ich mniej niż owiec, których populację utrzymuje się na stałym poziomie od wieków (ok. 78 tysięcy). Jest zielono. Tajemniczo. I pięknie. Wyspy to wzniesienia i doliny. Krótkie, rwące rzeki i najwyższe w Europie klify. Dlaczego warto się tam wybrać? Odpowiedź nie jest trudna. Po prostu być taka nie może (choć kontrowersje budzi okrutna tradycja corocznego mordowania grindwali, krytykowana przez oburzoną i sprzeciwiającą się procederowi publikę międzynarodową. Gdy zatoka spływa krwią, Farerowie zasłaniają się tradycją, która kiedyś była częścią potrzeby ekonomicznej – dziś nią już nie jest).

 

No dobrze, być może niektórych znuży wysoka wilgotność i częste opady. Ale w takich warunkach przyrody można się do tego przyzwyczaić. Jest też chłodno (w sierpniu termometry pokazują niewiele ponad +10°). Ale co z tego, skoro dachy klasycznych, farerskich domów pokrywa mech i trawa, a niedaleko pasą się swobodnie, przez cały rok, owce?

Wyspy Owcze to przede wszystkim spokój. Jeszcze do lat 50 ubiegłego wieku gospodarstwa domowe nie miały dostępu do prądu, drogi nie były rozwinięte, a co za tym idzie komunikacja.

 

Dziś tym, co obok krajobrazu wzbudza na Wyspach Owczych największe emocje, jest kuchnia. Atlantyckie wiatry dyrygują krajem, zrasza go niekończący się deszcz, którego dziesiątki odmian potrafią wymienić Farerowie, lekką grozę mogą budzić nisko zawieszone grube, pierzaste chmury – i to wszystko widać nie tylko w nastawieniu i szorstkim charakterze mieszkańców, ale także w jedzeniu. Wyspy są odizolowane, dlatego ludzie od początku musieli się uczyć przetrwania – jednym słowem, jak być samowystarczalnymi. Przez setki lat ich kuchnia kształtowała się na tym, co proponowała natura: co pływa, lata lub chodzi. Jedzono więc maskonury, fulmarusy, nurzyki – czasami pojawiają się na talerzach nawet dziś. Bo nawet dziś kuchnia Wysp Owczych jest dla odważnych, surowych charakterów.

fot. wikipedia.com

fot. wikipedia.com

 

Miłośnicy gastronomii coraz częściej przybywają na wyspy, wiele z nich trafia do wioski Kirkjubøur z kilkoma domkami i średniowiecznym kościołem – oto wszystkie atrakcje. Gdzie haczyk? W Koksie, restauracji należącej do Johannesa Jensena, której szef Leif Sørensen razem z René Redzepim tworzyli podstawy „Nowej Kuchni Nordyckiej” – w niej tradycja gra główne skrzypce, przygarniając dzikie przyprawy, a także te dobrze znane dawne, lokalne, czasami zapomniane produkty.

 

Wielką popularnością cieszą się jagnięcina i baranina, a szczególnie tutejsza specjalność – skerpikjøt, sfermentowane mięso (baranie nogi wiszą przez kilka tygodni w dość wilgotnych szopach. Gdy na skórze pojawia się pleśń, oznacza to, że mięso jest już gotowe), które przypomina hiszpańską szynkę iberyjską. Z przyjemnością spożywa się też szyję owczą i gotowaną głowę.

Inną specjalnością są ryby, m.in. dorsz (szczególnie sfermentowany, tzw. turrur fiskur), lamna śledziowa, langustyny.

Charakterystyczne jedzenie dla Wysp Owczych nie będzie smakowało tak wyjątkowo nigdzie, poza wyspami. I dobrze. To kolejny powód, aby je odwiedzić.

 

*fot. główne: Lars Plougmann, flickr.com

Udostępnij