CZY HITCHCOCK CIĄGLE STRASZY?

Wiele pism poświęcono już jednemu z najważniejszych twórców filmowych w historii. Podobnie jak wiele wystaw opisywało jego karierę i życie. Najnowsza jest punktem obowiązkowym dla wszystkich, którzy cenią mistrza kina grozy, ale również jego współpracę z Diorem i Balenciagą.

 

Hitchcock wiedział w jakie tony uderzyć, aby dostać się do jednej z podstawowych cech pierwotnych człowieka, której źródłem jest instynkt przetrwania. Mowa o strachu. Nikt, tak jak Brytyjczyk nie potrafił budować napięcia, a kolejne pokolenia filmowców wielokrotnie studiują „Ptaki” czy „Psychozę”. Więcej, na ich bazie powstają remake’i, albo tzw. części dalsze z wymyślonymi losami bohaterów. Mimo rozwoju technologii i możliwości zastosowania realnych efektów specjalnych, nikomu nie udało się dorównać mistrzowi. Być może siła Hitchcocka tkwiła również w tym, że straszenie brał bardzo na serio? Wystarczy wspomnieć wymienione już „Ptaki” i ich premierę w londyńskim kinie Odeon na Leicester Square. Na widzów czekać miała niespodzianka. Dość niemiła dla ich zszarganych nerwów. Po zakończeniu seansu, gdy kinowe drzwi zostały otwarte, z korytarza na salę zaczęły docierać hałasy przypominające wściekły trzepot skrzydeł i przerażające okrzyki kruków. Tych samych, które przed chwilą terroryzowały ludzi z dużego ekranu. Krakanie co i rusz słychać było na sali, jednak nikt nie mógł dostrzec atakujących ptaków. Widownia wpadła w panikę, a Hitchcock, który kazał ekipie rozwiesić głośniki na okolicznych drzewach, był dumny z faktu, że fikcja stała się rzeczywistością.

To jedna z wielu historii, którymi od 5 października raczy widzów ekspozycja „Hitchcock, więcej niż suspens” w Fundacji Telefónica w Madrycie. Warto odwiedzić to miejsce, nie tylko ze względu na jego historię, bardzo ważną dla samej stolicy Hiszpanii, ale również dla kultury kraju.

Czytaj także: Hoppera Dom Zły i dom Normana Batesa z „Psychozy” Hitchcocka. Dlaczego boimy się tego konkretnego domu?

Wystawa udowadnia, że reżyser to bardziej artysta niż rzemieślnik, którego celem jest wyłącznie straszenie dla wywołania strachu. Choć w Stanach Zjednoczonych przez długi czas nie chciano go brać na poważnie. Zmieniło się to dopiero po udzieleniu François Truffautowi (genialnemu reżyserowi, aktorowi, scenarzyście i producentowi) jednego z najdłuższych wywiadów w historii – przeprowadzanego przez 27 godzin. Odpowiedzi mistrza na 500 pytań zostały opublikowane w magazynie „Cahiers du Cinéma”. Na jego bazie powstała książka – „Kino według Alfreda Hitchcocka”, która stała się biblią wszystkich związanych z kinem. A w niej: triki scenograficzne, technika, a także prywatne rozważania, opowieści o inspiracjach niemym kinem (nad którym pracował zresztą w Wielkiej Brytanii) i niemieckim ekspresjonizmem. I to słynne motto: „don’t tell, show it” (nie opowiadaj, pokaż to – tłum. red.). Mistrz dreszczowców wszelkie emocje wyrażał cieniami, muzyką, obrazami. Dialogi były w tym wszystkim drugorzędne. Obrazy były najważniejsze, stąd współpraca z najlepszymi projektantami, jak Dior czy Balenciaga. Z najlepszymi grafikami – jak Saul Bass, który był autorem story boardu sceny pod prysznicem w „Psychozie”, choć Hitchcock ze znanych wyłącznie sobie powodów nie chciał tego przyznać. Z najlepszymi muzykami – jak Bernard Herrmann, kompozytor, który pracował z Orsonem Wellesem i napisał legendarną muzykę do kultowej sceny pod prysznicem dla Hitchcocka. Z najpiękniejszymi aktorkami – i tu uwaga, Hitchcock nie zatrudniał nigdy aktorek do ról głównych, które nie wyglądałyby jak Skandynawki. Jeśli nie były blondynkami, musiały farbować włosy. Wszystkie bohaterki były idealne, wynoszone na piedestał. Aby po chwili zostać upokorzonymi. Na ekranie i w życiu, jak w scenie ataku ptaków na Tippi Herden – jej nagranie trwało tydzień, a reżyser przywiązywał ptaki do kostiumów aktorki, aby nie oddalały się od niej za daleko.

Hitchcock więc straszył. Straszył ciągle. Na ekranie i poza nim. Był wizjonerem, spełniał swoje fantazje. I wywarł poważny wpływ na kształt dzisiejszego kina. Strasząc.

fot. główne: Thibaut Dimare, flick.com, CC by 2.0

Udostępnij